ina_29
16.10.09, 09:39
Sytuacja w telegraficznym skrócie:
Jesteśmy 6 lat po ślubie, nie mamy dzieci. Nasze małżeństwo od
samego początku nie było idealne, ale staraliśmy się jakoś je
poukładać. Niestety było coraz gorzej.Za wszystko byłam
odpowiedzialna sama, musiałam być motorem tego związku, "podlewać
go" w pojedynkę. Wraz z pierwszymi problemami pojawiły się z jego
strony takie zachowania, których lepiej nie pamiętać, czasami nawet
przemoc fizyczna. Chciałam odejść, kończyło się grą na emocjach,
udowadnianiem że bez niego będzie mi źle, że nikt mnie tak nie
pokocha i próbami emocjonalnego przywiązania. Starałam się
rozmawiać, prosić o zmiany i sama zmieniać. Jak na ironię losu nie
udawało się, uczucia gasły, gasły aż w końcu znikły. Coraz częściej
myślałam o rozwodzie, często o tym rozmawialiśmy, ale dochodziliśmy
do wniosku że prościej będzie po prostu mieszkać obok siebie.
Problemy i konsekwencje rozwodu wydawały się nie do przeskoczenia
(hipoteka na mieszkaniu, brak kasy na wynajęcie drugiego mieszkania,
histeryczne reakcje mojej matki na jakiekolwiek hasło o rozstaniu).
Oddalaliśmy się coraz bardziej i żyliśmy własnym życiem. Okresowo
mąż sobie o mnie przypominał i albo reagował wściekłością na moje
oddalanie albo wyznawał miłość i chciał wszystko naprawiać. Aż w
końcu pojawił się ktoś inny, ktoś kogo trzymałam bardzo długo na
dystans. Równolegle nasze małżeństwo rozpadało sie coraz bardziej.
Oddzielne łóżka, oddzielne pokoje, oddzielne garnki... I stało się.
Mąż się wszystkiego domyślił ale mimo to nie był to dla niego impuls
do rozwodu.Ja chciałam odejść, ale jak na złość wiecznie coś stało
na przeszkodzie (śmiertelna choroba ojca, opieka prawie 24 godziny
na dobę, potem utrata pracy męża i brak kasyn na raty, mieszkanie).
Nadal razem mieszkamy, ale jestem już tym wszystkim zmęczona. Mąż
wciąż chce wszystko naprawić, mówi że kocha. A ja się boję próby
naprawy, boję sie że on mi przebaczy, ja mu zaufam i wtedy wszystko
co było złe w przeszłości wróci. Chyba najlepszym rozwiązaniem
byłaby moja wyprowadzka, ale on na to nie chce (i w jakimś sensie
nie może mi pozwolić). Nie jesteśmy jacyś super majętni, on nie ma
pracy, ja taką sobie. Te kwestie mieszkaniowe wciąż trzymają nas
przy sobie. Może po prostu rozwieść się i mieszkać nadal razem (choć
to głupota),albo sformalizować separację. Myślałam, że zdrada skłoni
męza do popchnięcia spraw na przód,ale widzę że on woli czekać na
moje ruchy i w żaden sposób nie dąży do rozwiązania sytuacji.