crystyna.p
23.11.09, 09:22
Trzy lata temu zostawił mnie mąż. Wyprowadził się do teściowej, a
potem do kawalerki. Mamy rozwód, ale ja tego nie akceptuję. JEstem
wierząca, nie chcę inego mężczyzny. Próbowałam o tym porozmawiać na
forum chrzescijańskim, ale tam uważają mnie za trolla, bo mają inne
niż moje podejście do tych spraw.
Nie mam siły jeszcze raz pisac tego samego. Przekopiowałam stamtąd,
nie gniewajcie się!
Proszę o jakąkolwiek radę. Tylko nie piszcie, ze mam sobie dać
spokój z mężem.
Moja rodzina, rodzeństwo, znajomi bardzo mi współczują, ale według
nich sprawa jest zamknięta, bo doszło do rozwodu i mój mąż
deklaruje, że już nie chce nigdy ze mną być. Siostra radziła mi
nawet, jak ktoś tutaj poszukać sobie innego mężczyzny. Nie chciała
mnie obrazić, ani mi dokuczyć. Wie, że bardzo chciałabym zostać
matką. Tylko, że ja chcę być matką dzieci mojego męża, a nie matką
dziecka spłodzonego z kimś przypadkowym, w dodatku w grzechu.
Mój proboszcz zna moją historię, nasze małżeństwo, był zaszokowany,
gdy mąż mnie zostawił, ale też mówi mi, żebym postarała się przejść
nad tym do porządku dziennego, wyciszyła się. Powiedz mi, jak ja mam
się wyciszyć? Jeszcze kiedy mój mąż, T. po prostu odszedł ale nie
miał tej baby, miałam nadzieję, że wróci do mnie i wszystko się
jakoś ułoży. Dzwoniłam do niego, pisałam, dwa razy byłam w jego
pracy porozmawiać ale mnie unikał. Byłam u dwóch terapeutów. Jedna
to była kobieta, taka zwyczajna psycholog. Ciężko to przeżyłam, bo
od razu mi powiedziała, że mąż mnie już nie chce i trzeba się z tym
pogodzić i iść dalej, oczywiście według niej, najlepiej z innym
mężczyzną. Załamałam się. Potem koleżanka mi wyszukała terapeutę,
który był wierzący. On bardziej mnie rozumiał, ale też nie umiał mi
nic poradzić, jak odzyskać męża, żeby do mnie wrócił. Kazał mi dać
mu spokój, nie narzucać się, nie dzwonić i czekać na gest z jego
strony. Żeby mi było łatwiej pojechałam na urlop z siostrą i
szwagrem i całe dwa tygodnie czekałam na jego telefon. Nie
zadzwonił, nawet się nie zainteresował, dlaczego nie dzwonię.
Tydzień po powrocie ja zadzwoniłam i powiedziałam mu, że się nawet
nie odezwał. Mąż mi powiedział, że się cieszy, że wypoczęłam i
nauczyłam się żyć bez niego. To było straszne. Przy okazji
powiedział, że złożył pozew o rozwód. Zupełna rozpacz. Rozmawiałam z
teściową, mąż wtedy u niej mieszkał. Ona też się starała skłonić go
do powrotu do domu, do normalności. Ale nie chciał jej słuchać.
Wtedy, jak rozmawiałyśmy mówiła, że mąż raczej z nikim się nie
spotyka, że większość czasu, w każdym razie noce, spędza w domu.
Potem mi się przyznała, że dwa, czy trzy razy ni było go w wekend na
noc. Mówił matce, że był u mnie, ale to nie jest prawda. W pozwie
napisał, że nie pasujemy do siebie mamy inne charaktery i
temperamenty i inne cele w życiu. Nic nie rozumiałam, jakie inne.
Kiedy się pobieraliśmy mieliśmy cel zbudować szczęśliwą rodzinę, w
miarę dostatnie życie, dzieci. Wszystko się nam układało. Ja po
dziadkach miałam mieszkanie, więc mieszkaliśmy sami od nocy
poślubnej. Wszystko mieliśmy, co do życia potrzebne. Mąż miał pracę,
ja też. Potem T. skończył studia, bo on się zaocznie uczył i znalazł
sobie nową pracę.
I wtedy się zaczęło. Oboje byliśmy głęboko wierzący, z takich też
rodzin pochodzimy. Nawet przez myśl nam nie przeszło, żeby mieszkać
razem przed ślubem, albo współżyć. Cieszyliśmy się każdym dniem
przybliżającym nas do nocy poślubnej. A potem sobą tak, jak powinno
małżeństwo. Z oddaniem, troską o drugie i godnością. Mąż był
szczęśliwy, mówił o tym. Ale właśnie do czasu kiedy znalazł tę nową
pracę. Najpierw był zaszokowany tym, jacy ludzie tam pracują, bo to
było i jest bagno. Pełno ludzi po rozwodach, w drugim, a nawet
trzecim „małżeństwie” (jedna taka osoba tam jest) , w konkubinatach,