szirta
24.01.04, 15:36
nigdy mi nie doskwieralo, to, ze jestem sama. przez ostatnie 2 lata tak
wlasnie bylo, ale ktos sie pojawil. a teraz juz go nie ma. olal sobie mnie. i
nie w tym problem, ale w tym, ze o czyms mi przypomnial. a przypomnial mi,
jak to fajnie jest miec kogos do kogo mozna sie przytulic. a teraz kiedy
ulotnil sie (po 2 miesiacach) jest mi smutno. wszyscy dookola mowia mi, zebym
sobie go darwoala, jak nie ten to inny, ze pewnie tak mialo byc, ze to nie
bylo to itd. jasne, maja racje i ja mam tego swiadomosc, ale nie zmienia to
faktu, ze jest mi smutno. tesknie za nim nieinteligentnie, bo zdazylam sie
zakochac. moze tak szybko sie ulotnil, bo nie umialam okazac mu uczuc?
zreszta niewazne dlaczego. smutno mi i jestem bliska popascia w depresje, bo
mieszkam w miescie, w ktorym nie mam wlasnych znojomych (znam kilka osob, ale
to znajomi przylaciolki), bo mieszkam tu od niedawna i czuje sie tu totalnie
samotna. pewnie posypia sie glosy, zebym ruszyla sie z domu i poznawala
ludzi. ale jak? wyjsc na ulice i krzyczec, ze chce poznawac ludzi? nic na
sile, z czasem pewnie kogos poznam, cierpliwie poczekam. a do tej pory musze
jakos uporac sie ze swoja samotnoscia. tylko to nie jest takie latwe. i nie
rozczulam sie na soba, pisze, bo nie mam z kim porozmawiac.