Gość: Cyna
IP: *.chello.pl
02.02.04, 10:07
Mam koleżankę, niezamężna. Nigdy nie załozyła rodziny. Najpierw opiekowała
się chorymi rodzicami, potem angażowała w toksyczne związki,
później.....praca wśród kobiet, okreslone wymagania związane z wiekiem (
ponad czterdzieści lat), głęboka, niespotykana religijność spowodowały, że
nie załózyła rodziny, nie związała sie z nikim.
Jest sama jak palec, jest jej z tym źle, jest sfrustrowana do granic
i...zachowuje sie dziwacznie.
- Telefony odbiera tylko wtedy gdy ma ochote, i dziwi się, ze tak rzadko do
niej dzwonię
- Umawiac sie z nia trzeba z kilkutygodniowym wyprzedzeniem - nie rozumie, że
ja ( dom, mąż, praca, 2 dzieci, rość liczna rodzina) - nie potrafię
przewidzieć co wydarzy się za 2 miesiące, moge wiedzieć, że mam wolny sobotni
wieczór
- Wyciagnięcie jej gdziekolwiek graniczy z cudem - jesli już wybierzemy się
raz na 2 lata do teatru, to spotykamy sie u niej 2 godziny przed spektaklem i
odbywa sie wielkie przymierzanie i przeglad kreacji ( moim zdaniem, a
wychodzę do teatrów i na koncerty dośc często na przygotowanie się wystarczy
kwadrans)
Ponadto moja kolezanka wszystko wie najlepiej - na temat mężczyzn, dzieci,
kuchni, mody, polityki - tu może mniej-, zdrowia itp.
Znamy sie z czasów szkolnych, zyjemy w dwóch różnych światach, żal mi jej,
ale chwilami mam jej dość. Mój mąz uważa moja koleżanke za zwariowaną stara
pannę i unika z nią kontaktu.
Zastanawiam sie, czy zerwać ostatnie ląćzące nas nitki czy akceptować jej
dziwactwa. Rozmowy, życzliwe, serdeczne, nic nie pomagają. Ona wie swoje i
juz. Narzeka na brak pieniędzy, bierze pozyczki, ale urlopy spędza w
najatrakcyjniejszym (?) okresie- lipiec lub sierpień nad morzem. Nie daje się
namówić na wysok poza sezonem nad ciepłe morze. W kontaktach , bardzo
powierzchownych, z nowopoznanymi ludźmi usiłuje grać podlotka.
Jest w tym śmieszna i żałosna. Czy jest szansa aby jej pomóc? Czy nie lepiej
po prostu sobie odpuścić?