tytus_flawiusz
07.01.10, 13:12
Tytułem przypomnienia jako osoba prywatna nie mająca żadnego interesu w
przetrwaniu tego czy innego narodu, państwa, dłużej niż jeszcze te
kilkadziesiąt lat, mam serdecznie gdzieś nie swoje dzieci, brzuchy i ciąże.
Jak to ktoś kiedyś zgrabnie określił (parafrazując): "krew na was i na
dzieci(?) wasze"
Nurtuje mnie jednak pytanie: Dlaczegóż to będąc tak przekonanymi o słuszności
swych poglądów co do prawa do decydowania o własnym brzuchu i dziecku
(kijance/komórkach/ jak kto woli), tak bardzo zależy wam na akceptacji
przeciwników waszych poglądów ? Dlaczego tak strasznie uciekacie w eufemizmy,
broniąc się przed słowem jak chociażby "prawo do unicestwienia" itp.
To taka sama śmieszna sytuacja jak w przypadku ateisty urągającego Panu Bogu,
które przecież nie ma.
I sztandarowy przykład hipokryzji. Dlaczego zamiast powiedzieć wprost
"domagamy się prawa do unicestwienia naszego płodu kiedy tylko przyjdzie na na
to ochota", uciekacie się do ról bojowników o jakieś marginalne przypadki
stanowiące promile w wolumenie wszystkich ciąż . Jak ciąże z gwałtu,
zagrożenie życia czy poważne wady rozwojowe płodu. A przecież tak naprawdę
najczęstszą przyczyną aborcji jest choroba znana jako: "niepożądana ciąża".
Dlaczego nie powiecie wprost, żądamy prawa do decydowania o naszych płodach,
kiedy tylko uznamy to za stosowne, a szczególnie gdy może nam to skomplikować
studia, karierę, życie czy wyjazd nad morze.