agaiares1
19.01.10, 13:04
Moje małżeństwo chyli się ku upadkowi. Facet właśnie wyszedł z domu a ja
siedzę płaczę nad zawiedzioną nadzieją na życie jak z obrazka i myślę czy to
naprawdę moja wina? Jesteśmy ze sobą już łącznie 14 lat. Poznaliśmy się w
liceum. Mamy małe dziecko. Nasze charaktery różnią się bardzo, nasze podejście
do świata też zawsze się różniło ale zgodni byliśmy co do tego że
najważniejszy jest dom, ciepło domowego ogniska i bliski człowiek u boku.
Teraz słyszę że ma już dość życia z kobietą która nie stoi twardo nogami na
ziemi- nie potrafi iść do urzędu i załatwić sprawy od a do z tak jak on by
chciał, nie ma umysłu analitycznego i z trudem jej idzie przewidzenie
następstwa zdarzeń oddalonych znacznie w czasie, co dla niego jest
oczywistością. Np głupie półki dla dziecka w pokoju. Ja nie chciałam zawalić
dzieciakowi pokoju segmentopodobnymi regałami, chciałam przestrzeni i
dziecięcości tego pokoju, on przewidywał już wtedy że i tak będziemy dokupować
meble niedługo bo zabawek przybędzie i nie będzie ich gdzie chować więc po co
potem jak można od razu kupić inne meble. I takie rzeczy go pienią. Że on coś
widzi od razu a ja nie i się upieram przy swoim a on ma i tak potem rację. Czy
ja rzeczywiście jestem trudna we współżyciu? Czy on nie umie wyluzować?
Zostałam dziś nazwana pasożytem. Zabolało bardzo. On zarabia więcej, ma pewną
pracę. Ja umowę na czas określony, pracę z przypadku w której nie chciałabym
spędzić reszty życia, a do tego moje zainteresowania są na tyle szerokie i
niedoprecyzowane że nie wiem tak do końca co chciałabym robić w życiu
dokładnie. Więc wszystko co mamy mamy dzięki niemu. On nas pchał w górę, ja
nie robiłam nic, albo wychowywałam potem dziecko. Do pracy wróciłam niedawno.
Nie wiem już czy może ja mam rzeczywiście złe mniemanie o sobie czy to on jest
zimny i wyrachowany. Zmienił się na pewno. Kiedyś nie przeszkadzały mu tak
bardzo różnice między nami. Teraz wygląda jakby chciał żebym była nim. Mówi że
chce partnera w związku, kogoś komu powie zrób coś tam a on nie zawiedzie i
zrobi wszystko sam bez zawracania mu głowy pytaniami itp. A ja rzeczywiście
niektórych rzeczy nie zrobię bez niego. Ale nie dlatego że jestem taką sierotą
co się w życiu nie odnajduje. Po prostu dlatego właśnie, że on dzięki temu
analitycznemu umysłowi przewidzi np pewne pułapki w banku, albo kruczki w
sprawach urzędowych. Ja nie. Za bardzo chaotyczny ten wpis, ale może ktoś coś
z niego wyciągnie. Mam chyba na razie za duży mętlik w głowie by pisać.
Najgorsze że z jednej strony nie chcę by to się kończyło, chcę teraz by wrócił
i mnie przytulił i przeprosił ze się uniósł, że nie miał racji. A z drugiej
jak patrzę na jego twarz jak jest w domu to go nienawidzę. Tego zaciętego
wyrazu twarzy, dupka w oczach. Wiem , ze go jeszcze kocham, ale i zaczynam
nienawidzić szczerze. Za ten brak znajomości mnie po tylu latach, za ten
ciągły krytycyzm wobec mnie a brak podziwu w jego oczach gdy na mnie patrzy.
Walory fizyczne podziwia owszem, ale o ten podziw jako osoby w całości mi
chodzi. Nie czuję się dla niego osobą wyjątkową, jego gwiazdką z nieba, tylko
jakimś kocmołuchem, gorszym gatunkiem.