anianiedowiarek
21.01.10, 17:28
Witajcie, mam problem którego nie umiem zrozumieć.
Po prostu nie pojmuję, a chciałabym zrozumieć.W bardzo dużym skrócie
opiszę Wam co mi się zdarzyło. Jestem w związku z partnerem od 7
lat, on wierzący, ja nie. mamy dwoje dzieci, w tym jedno roczne.
druga ciąża spowodowała bardzo duże konflikty między nami, które
się jeszcze pogłębiły po porodzie, zmęczenie, kłopoty finansowe,
złość. Jakoś się od siebie oddaliliśmy, przestaliśmy rozmawiać, a
jak już to po to, żeby warczeć.
Doszło do zdrady. On szukał czułośći poza związkiem, ale nie było mu
z tym dobrze, wyznał mi i prosił o wybaczenie. Po długich rozmowach,
postanowiłam mu wybaczyć, problem nie zniknął, ale nasz związek
przetrawał choć wymagał terapii.
Jednak cały czas czegoś nie mogę zrozumieć. Nie mogę zrozumieć tej
drugiej kobiety, która z premedytacją, dążyła do rozpadu naszego
małżeństwa.
Wiem co mi napiszecie, że to mój niemąż mnie zdradził i ze były ku
temu powody. To jest racja i nie o to mam do niej pretensje.
Jednak czytałam majle tamtej babki. ona z całą perfidią i
premedytacją podsycała konflikt, zaogniała go zupełnie nie licząc
się z tym, ze dwoje dzieci zostanie bez ojca, że rozbija rodzinę.
Używała argumentów typu, przecież i tak nie jesteście rodziną, bo
nie macie ślubu katolickiego. Ona (czyli ja)jest z żoną innego i
nigdy cię nie pokocha w wierze. Zamieszkajmy jak najszybciej razem,
wtedy będziesz mógł przystępować do komunii.
To czego nie rozumiem, to to jak można się posługiwać wiarą innego
człowieka do czynienia zła. Jak można tak bardzo być perfidnym i
pokręcnym, aby to co ma być argumentem za trwałością rodziny używać
w celu jej rozbicia.
Naprawdę nie rozumiem...