kobieta_i_zakret
24.01.10, 11:34
Dla wielu z Was może to być banał, dla mnie nie ... opowiem w czym rzecz. Znamy się z mężem od 2003 roku, ja po jednym poważnym i długim związku i 2 epizodach, on po jednym długim, pierwszym i poważnym. Chyba 2 lata po bolesnym rozstaniu poznał mnie i wydawało mi się, ze szczerze mnie pokochał. Na początku wydawało mi się, że było wspaniale, nie zwracałam uwagi, że jest zazdrosny o znajomych, w każdym koledze widział mojego kochasia, przy byle rozmowie telefonicznej oskarżał o rogi, a ja po prostu mialam niesamowicie duzo znajomych. Niestety ich grono zmalało do zera, bo chciałam, żeby między nami było dobrze. Ponadto mój facet, pozniej mąż zrobił ze mnie kucharkę, sprzątaczkę i maszynkę do zarabiania pieniędzy. Ja w pędzie nie zauważyłam co się ze mną stało. W trakcie naszego związku opowiadał o byłej miłości i z opowiesci wynikało, ze była przeciwienstwem tego co zrobił ze mnie (co ja tez z siebie zrobilam, bo mi zależało...)
Po urodzeniu dziecka zaczęło się pieprzyć na dobre. Oskarżał mnie, ze zawsze mi było cos nie tak, a to chcialam ślubu, a to mieszkania (bo mieszkalismy z przyszła tyesciowa w nieciekawych warunkach), a to dziecka i dalej mi cos nie tak. Nie tak było to, ze mąż był coraz bardziej opryskliwy, bo ja chciałam się wyzwolić z roli kucharko-sprzątaczki. On do niczego nie dążył, a mieszkanie przed ślubem kupiłam ja. Po zakupie mieszkania do kilku miesięcy po urodzeniu dzicka w jednym pokoju stały stare i nowe meble, bo ... nie wiem co, nie chciało mu się chyba złożyc nowych i wynieść starych (jakiś rok tak to funkcjonowało). Nie mogłam nikogo poprosić o pomoc, bo kiedy w jakims drobiazgu pomogl mi ojciec, mąż na mnie nakrzyczał, ze jak nie jest mi potrzebny to może się wyprowadzić.... no i co ja mialam robic? Pozytku z niego nie było za bardzo, ale przecież jest ojcem mojego dziecka, kochałam go (nadal kocham, ale to już nei ma nic do rzeczy, bo on mnie chyba nie – tak mówi) i chciałam, żeby było dobrze. Mąż mi w niczym nie pomagał i gdzies w tym pospiechu, zmęczeniu, pozniej pracy zawodowej i małym dziecku w domu pogubiłam się, zgubiłam nie tylko jego, ale i siebie, zawsze brakowało pieniędzy, bo po spłacie kredytu na obecne mieszkanie wzięłam nowy na większe, żeby dziecko (marzyłam, że dzieci) miało gdzie mieszkać. Mąż oczywiście wykrzyczał mi pozniej, ze go wrobiłam w kredyt itp.( oczywiście jestem w stanie spłacić go sama i w nic męża nei wrobiłam, chcę tylko nakreslic jego podejscie).... no i takie błędne koło. Do tego przytyłam i nie mogę zrzucić wagi, bo nikt nie rozpoznał problemow z hormonami (teraz będę się leczyć) i mąż wytykał mi grubą du.ę i szerokie biodra. Kiedys pokazał mi zdjęcie byłej i powiedział – zobacz jak ona wygląda po 2 dzieci – bierz przykład. Oniemiałam i straciłam całkiem zainteresowanie seksem... Przecież ne będę grubej dupy pchać, jak on ma doswiadczenia z taka lalą...
Dzień przed Wigilią, między jednym makowcem w piekarniku, a drugim na stole gotowym do włożenia oznajmił, że się wyprowadza... zdebiałam, choć się spodziewałam. W drodze na kolację wigilijna zaczął pytac o sprawy zwiazane z kredytem i powiedzialam tylko krotko, ze takie info przed siwetami mu wybaczam, ale ze w drodze na kolacje porusza temat to mu zaraz chyba je...ne. Po kilku godzinach zaczął przepraszać, przytulac się i Bóg wie co. Myslalam, ze to się da odkrecic, ale za jakis czas wyprowadzka wrocila do tematu. Podjał decyzję bez rozmowy ze mną i denerwowało mnie, ze co kilka dni i o niej przypominał (ale nie tak jakby chciał, zebym go odwodziła od niej tylko tal po prostu, ze jeszcze chwila, bo lokum nie jest gotowe. Powiedziałam mu, ze mi się nie spieszy, wiec spoko, jak będzie gotowy zrobi co będzie chciał. W sumie to nie wiedziałam, czy chcę, żeby odszedł czy nie, i nie wiem do dzis. Ostatnio odkryłam, że kontaktuje się od dłuższego czasu z ta swoją pierwszą miłością. Raczej do niej nie wróci, bo ona ma dzieci i kolejne w drodze, ale złość i ciekawość popchnęły mnie do podłego czynu – zajrzałam mu w pocztę (już się „samobiczowałam”, więc miejcie litość) Nie wiem co on pisał do niej, bo wykasował wychodzące, ael od niej nie. W jednym z maili napisała mu, że kocha tamtą dziewczynę (ją sprzed lat) a ona już jest matką i dorosłą kobietą, ale miło jej, że ma kawałek miejsca w jego sercu. Tak sobie pomyślałam, ze faktycznie ja byłam remedium na ten ich toksyczny związek – ona była zawsze towarzyska, nie była zwierzęciem udomowionym, nei dała się trzymać w ryzach. Mój mąż potrzebował się wyleczyć po tym jak ona odeszła i ze mnie zrobił lekarstwo. Czuję się oszukana, bo myślałam, ze przynajmniej kiedys była w tym miłość, która wygasła, bo oboje jesteśmy winni. Nie wiem po co to piszę... Może po to, żeby ktoś mi powiedział, czy warto ratować to małzeństwo, czy nie. Takie ładne credo tego forum "Należy rozwieść się nie wtedy jak znajdzie się pierwszy powód do rozwodu, ale rozwieść się gdy upadnie OSTATNI powód do bycia razem..."
chyba upadł ten ostatni powód – myślałam, że mnie kochał, a wszystko chyba oparło się na kłamstwie. Nie wiem co robic....