Gość: robertk.
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
10.02.04, 22:30
Pisze tu, bo tamten watek widze ze sie strasznie wydluzyl. Coz, dziekuje za
zainteresowanie i wszystkie glosy. Przykro mi, ze posadzacie mnie o skrajny
egoizm, brak jaj, niedojrzalosc i nieodpowiedzialnosc, ze osierocilem
dopiero narzodzone dziecko, ze nie kocham zony i pewnie mysle tylko o tym,
jak znalezc sobie kochanke. To nie jest tak. Kocham zone. Bardzo. Tylko
musicie zdawac sobie sprawe, ze milosc nie zawsze wiaze sie z seksem. Prawda
jest taka, ze w tej chwili nie mam ochoty na zadna kobiete. Moze to skutek
przezyc na porodowce, moze przepracowania, nie chce sie w to wglebiac. Ale
na pewno zrobie wszystko, aby moje zycie wrocilo do normy.
Zarzucano mi, ze kocham jedynie cialo zony sprzed porodu, ze ma dla mnie
znaczenie tylko jej wyglad, ze kocham ja tylko wtedy, kiedy jest umalowana,
prosto od fryzjera, pachnaca i w mini. Nic bardziej blednego. Widzialem ja
brudna, spocona, poobijana po splywie kajakowym, nieumalowana, trzymalem jej
wlosy, kiedy wymiotowala jak kot, bo sie strasznie czyms strula i byla
zielona na twarzy. Smarowalem jej cialo oliwka, kiedy byla w ciazy i to jest
przepiekne wspomnienie. Gdyby cos, nie daj Boze sie jej stalo i trzeba by
bylo ja myc czy wrecz przewijac, zajalbym sie nia. Nie jestem potworem. Nie
jestem rozpieszczonym przez zycie i mamusie pizdusiem, ktory odwraca sie z
niesmakiem na widok odprysnietego lakieru na panokciach u swej lubej. Jestem
normalnym facetem. Zwyczajnym. Ale mam zal do zony, ze wymogla na mnie
placzem, histeria i grozbami obecnosc przy porodzie. Od samego poczatku, od
kiedy dowiedzialem sie, ze bede ojcem i zaczelismy wybierac imie dla dziecka
i stanel kwestia wyboru szpitala i sposobu porodu, powiedzialem jej bardzo
delikatnie, ale stanowczo, ze nie czuje sie na silach, aby z nia rodzic.
Wtedy nie naciskala. Jej histeria na wspolny porod zaczela sie gdzies pod
koniec siodmego miesiaca ciazy. Moze i nie bylem dosc stanowczy, ale nie
bede sie przeciez darl na kobiete w zaawansowanej ciazy, matke mojego syna!
Nie moglem spokojnie sluchac argumentow, ze jej nie kocham, nie zalezy mi na
niej ani na dziecku skoro nie chce z nia rodzic. To jakis absurd! Jak moglem
jej nie kochac? Jak? Po siedmiu latach bycia razem? Po tym jak dalem jej
dziecko? Po tym jak zdecydowalem sie na prace tu, zeby niczego jej nie
zabraklo? Uwazam, ze z jej strony to bylo niesprawiedliwe. Zawsze byla
rozsadna, a tu zaczela zachowywac sie jak rozpieszczone dziecko, ktore za
wszelka cene chce cos miec. Wiem, ze wszystkie jej koleznaki rodzily z
mezami, ale ci mezowie tez nie palali entuzjazmem. Uwazam, ze rodzinne
porody staly sie jakas glupia moda. Na kobiete, ktora rodzi sma, patrzy sie
jak na uposledzona bidulke. A ja przychylam sie do zdania, ze porod to
intymna sprawa kobiet. Obydwoje chcielismy dziecka, ale to nie znaczy, ze
obydowje mamy je rodzic, bo do tego natura stworzyla jedynie kobiete.
Wszystkich, ktorzy poczuli sie urazeni tytulem mojego watku przepraszam. Nie
chodzi mi o apelowanie do kogokolwiek, zazdroszcze mezczyznom, ktorzy ze
wspolnego porodu potrafia czerpac piekno i wzruszenie. Chodzilo mi o to,
zeby po prostu nie dac sie zwariowac kolezankom, prasie, lekarzowi. Chodzilo
o to, zeby nie wykrzystywac faktu bycia w ciazy do wymuszania na partnerze
decyzji, do ktorych nie jest gotowy czy przekonany, a o czym boi sie mowic,
zeby nie wyjsc na nieoswieconego kmiota i szowinistycznego samca.
Tyle z mojej strony. Dziekuje, kropka
Robert