lejdizgaga
12.02.10, 14:21
Trochę długie będzie, uprzedzam...
Muszę się wygadać, bo mnie sprawa trochę dołuje, choć niby wcale nie moja
sprawa...
Chodzi o moją młodszą siostrzyczkę. Wcale nie taka smarkata, 31 lat na karku.
Dziewczę samotne z konieczności, bo choć niby w stałym związku, to jednak...
No i o ten związek się rozchodzi.
Sis ma faceta. Nie jakiś nowy, są razem już przeszło dziesięć lat, mieszkają
razem już chyba z siedem. On pracujący głównie wieczorami i nocą, ona często w
pracy spędza po 12 godzin, takie zawody, trudno. Wiadomo, wspólne
gospodarstwo, finansują sobie życie też wspólnie, tu żadnych zależności nie
ma. Przez całe lata żyli sobie bez ślubu, dzieci nie planowali, dobrze im
było. Ale wiadomo, nadchodzi taki czas, kiedy człowiek chciałby się w jakimś
stopniu ustabilizować, ich też to dopadło. Pierwsze oświadczyny nastąpiły już
dobrych parę lat temu, ale skutków żadnych za sobą nie pociągnęły, ot, taki
kaprys, rytuał i tyle. Dwa lata temu postanowili się pobrać, oświadczyny part
two, zaczęli ciułać kasę na wesele, rodzina sypnęła gotówką jak mogła, żeby
pomóc im w realizacji zamierzenia. W siostrze obudziły się instynkty
macierzyńskie, pewnie pod wpływem mojej córci maluśkiej, poza którą aktualnie
świata nie widzi. On też, tak wyglądało, postanowił zostać tatusiem, więc jak
by nie patrzeć, sielankowo się zrobiło. Ale...
Najpierw zaczęło się od pieniędzy - wziął wszystkie przeznaczone na ślub i
zainwestował w przedsięwzięcie z góry skazane na niepowodzenie. Oczywiście,
nie wyszło. Pieniądze są do odzyskania, może nie w całości, ale nie o
pieniądze się rozchodzi. Potem, w czasie wizyty u nich (mieszkamy w różnych
miastach i jak się odwiedzamy, to kilkudniowo) obserwowałam ich zwyczajne
życie. Facet wraca w środku nocy, wiadomo, idzie spać. Nie wstaje wcześniej
niż o 13.00. Kiedy już wstanie - siup do komputera. Gra. Posiedzi ze trzy
godziny i leci do pracy. W domu nie robi NIC. Kompletnie nic. Nie rozwiesi
prania, choć suszarka wyjęta i rozstawiona - pranie czeka w pralce, aż siostra
wróci z pracy i rozwiesi (nastawiła rano przed wyjściem). Nie umyje naczyń, bo
po co, sis umyje, jak wróci. Nie zamiecie, nie poodkurza, nie złoży łóżka, nie
schowa SWOICH wyprasowanych przez nią koszul do szafy, nie zrobi zakupów...
Ona wraca z pracy koło 22.00, wykończona, bo praca zarówno umysłowa, jak i
fizyczna, i bierze się do pracy - w domu. Widziałam, zagryza zęby, słowem się
nie odezwie, i robi. Z tego, co zdołała mi napomknąć, intymne pożycie też nie
wygląda za różowo, głównie to on oczekuje wszelkiej inicjatywy...
No i teraz gwóźdź programu: w okrągłą rocznicę przy miłej kolacyjce mężczyzna
życia mojej siostry zakomunikował jej, że ślubu nie będzie, bo on nie czuje
się wystarczająco dojrzały do małżeństwa i rodzicielstwa. Mogą sobie tak żyć
razem jak do tej pory, ale ślub - precz. Siostrę szlag trafił ciężki, bo data
ślubu była już ustalona, muzyczna ekipa zaproszona, kościół zaklepany...
Poinformowała go zatem, bardziej chyba z przekory, że w związku z tym ona
szuka sobie "dawcy" i dzieci życzy sobie mieć, nie chce spędzić starości sama
i chce móc kogoś kochać. Facet zmiękł, robi wszystko, żeby do tego nie
dopuścić i żeby ona nie odeszła, ale temat ślubu nie wrócił, choć od tego
komunikatu minął już prawie rok.
No i tu mam zgryza. Odezwać się, nie odezwać? Kocham ją nad życie, mamy tylko
siebie, z całej siły chcę, żeby była szczęśliwa. Ona wciąż go kocha, choć
zdarza się, że zamiast słowa "miłość" z jej ust pada "przyzwyczajenie". Tyle
lat razem... Sis boi się zmian, boi się zostać całkiem sama, a z drugiej
strony, co to za życie w ciągłej niepewności? Czekać, aż facet dojrzeje? A
jeśli nie dojrzeje? Znajdzie sobie młodszą, albo po prostu inną kobietę, a ona
zostanie sama, bez nikogo, bez dzieci? Widzę, jak mi zazdrości stabilizacji,
rodziny, wspaniałego, odpowiedzialnego męża, udanych dzieciaków. To zdrowa
zazdrość, z gatunku tych "super, że ci się udało". Czasem, gdy siedzi sama
wieczorami w domu, chlapnie sobie piwo czy drinka i język jej się rozwiąże,
wylewa się z niej żal, czuje się oszukana i nieszczęśliwa. Ale go kocha...
Już nie wiem, jak jej pomóc. Nie powinnam się wtrącać, to jej życie, ona
dorosła, świadoma... chyba. Z drugiej strony patrzeć, jak facet wykorzystuje
ją na wszelkie sposoby, siedzi sobie bezpiecznie w ciepełku jej mieszkania,
pod nos dostaje obiadki i czyste gacie, noszz kurde... Nie umiem. Trzymam się
już kolejny rok, nie odzywam, ale coś takiego we mnie pęcznieje, zwłaszcza po
jej kolejnym telefonie... Co ja mam robić? I czy w ogóle coś robić? Ochronić
ją, otwierać oczy na siłę? Czy nie pchać między wódkę a zakąskę? Doradźcie
coś, proszę, bo może jest i trzecie rozwiązanie, tylko ja go nie widzę...?