maitresse.d.un.francais
24.02.10, 17:54
Przychodzę otóż ja sobie do punktu poprawkarsko-krawieckiego. Punkt
poprawkarsko-krawiecki prowadzony jest przez pewnego pana (nie napiszę, jak go
na co dzień określam) i jego dość
sympatyczną małżonkę.
Tego dnia jest, niestety, tylko wspomniany pan.
Poza nim jest jakiś jego kumpel oraz klientka-wielbicielka
Rozmawiają o wychowaniu dzieci, że z dziećmi trzeba rozmawiać, że
najstarsze dziecię kumpla ma 6 lat i takie tam.
Klientka wdzięczy się do
właściciela, dorzucając swoje trzy grosze do dyskusji.
Chodzi mi o skrócenie spodni, zatem muszę te spodnie wdziać.
W przymierzalni wisi sobie kalendarz "Sportsmenki" z paniami może nie gołymi,
ale seksownie wijącymi się wokół różnych przedmiotów związanych ze sportem.
Modelki za dychę, erotyka dla ubogich. Rzecz w tym, że punkt świadczenia usług
jest miejscem PUBLICZNYM, a w przymierzalni bywają przeważnie KOBIETY.
Wdziane spodnie zostają ułożone i spięte szpilkami, co jest zwykłą w takich
przypadkach procedurą. Zostaję też klepnięta po łydce celem "ułożenia" spodni,
co procedurą nie jest zwykłą, albowiem małżonka pana jej nie stosuje,
dopasowując ciuch na klientce.
Podczas spisywania kwitu kumpel wychodzi, bo szef go woła. Klientka wyszła już
wcześniej. Niestety pan się erystycznie rozpędził i dalej gada o wychowywaniu
dzieci, co polega na powtarzaniu w kółko (odkąd weszłam do zakładu), że dzieci
powinny być "dobrze prowadzone". Szczególny nacisk kładzie na "chodzenie
do kościoła" i "komunię". Pójście do komunii ma zagwarantować właściwy rozwój
potomka.
Piszę tu o panu, który ma 60 lat, brzuch większy od siebie samego, latem stoi
w drzwiach gapiąc się na ładne kobiety, a kiedy przyszłam po raz pierwszy, na
dzień dobry rozebrał mnie wzrokiem. Zmroziłam go więc spojrzeniem na
co pan odpowiedział mi spojrzeniem, że w takim razie nie jest mną
zainteresowany. Zupełnie jakbym ubiegała się o jego względy!
W związku z powyższymi szlag mnie trafia i stawiam niewinne pytanie "A co,
jeśli się konwertują?" Pan pomija je milczeniem i opowiada mi, na jakie to
zajęcia sportowe chodzili jego synowie.
Gryzę się w język, żeby nie zapytać, czy w domu mieli ćwiczenia praktyczne z
rozbierania obcych kobiet wzrokiem (pod kierunkiem tatusia); zamiast tego
powtarzam pytanie. Pan odpowiada "Nie rozumię", zatem pytanie upraszczam. Pan
informuje mnie, że "dobrze prowadzone" dzieci pozostają w "wierze katolickiej".