gobi05
09.03.10, 07:30
Oczywiście nie chodzi to o moja skromną osobę,
bo mi się wszystko świetnie układa ;-).
Ostatnio po prostu widzę na forum wiele postaw
w rodzaju "problemy małżeńskie? - mnie to nigdy
nie spotka". Chciałbym powiedzieć, że kryzysy
to taka prawidłowość.
Słyszałem dawno dawno temu, że kryzysy przychodzą
po dwóch, siedmiu i jedenastu latach małżeństwa
(dotyczyło to normalnych małżeństw, nie poprzedzonych
wieloletnim konkubinatem), i jedyne co można zrobić,
to przeczekać.
Pani Mazur pisze, że każdy kryzys to jakieś zaburzenie
stabilności i codzienności, a pierwszym kryzysem małżeńskim
jest ... ślub!
Z kolei Andzia z www.sciaga.pl wymienia sześć kryzysów,
które przychodzą nieuchronnie jak przypływ morza.
Takie jest zazwyczaj doradzanie wśród katolików:
kryzys pokonać wiarą i cierpliwością.
A co wy myślicie?