squaw33
04.04.10, 16:31
Smutne te moje święta, bo na tydzień przed nimi skończyła się ważna półroczna znajomość. Nie będę rozpisywać się o fantastycznych chwilach, wakacyjnych planach, kinie, wystawach, wspólnych obiadkach (w restauracjach i w domu). Wszystko z jego inicjatywy. We wszystkim mi pomagał. Ja jego nie osaczałam miłością. Cieszyłam się, że jest, nie musiał być fizyczne obok mnie. Nasze dzieci się znały, mój syn go nie cierpiał (może to ważne).
Pewnego dnia zadzwonił i powiedział, ze podjedzie do mnie wieczorem porozmawiać o NAS. Wiedziałam, co to oznacza.
Wychodząc wieczorem do niego zobaczyłam minę najbardziej nieszczęśliwego człowieka na ziemi.
Powiedział, że "nie może tego dłużej ciągnąć", poznał kogoś, ale mnie nie zdradził (akurat bym wybaczyła, osobliwe wiem). Byłam tak zaskoczona, że nawet nie spojrzałam mu w oczy i nie zapytałam czy w ogóle mnie kochał, a zawsze na moje "kocham" odpowiadał. Wiem, że mógł to mówić, bo nie wypadało takich słów zostawić bez odpowiedzi. Ale wiem, że na początku z jego strony było duże zaangażowanie i chyba wiara, że coś fajnego będzie (to ja miałam dystans). Zebrałam się w sobie i zażyczyłam sobie przywiezienie następnego dnia moich rzeczy z jego mieszkania, na co czułam, zareagował też jakoś stękając czy coś podobnego. Teraz jestem znowu sama, dużo rzeczy dało mi do myślenia, ciężko mi i żal że taka inspirująca znajomość już jest za mną. Dam radę, nie mam wyjścia, zaczynam już w miarę normalnie spać.
Ale sięgam od czasu do czasu do tej miny i tych nieszczęśliwych (srającego kota?:) oczu i nie wiem co to było. Może Wy wiecie? Co to kurde było?