takniewiem
05.04.10, 10:40
Siedzę i zastanawiam się co robić.... Mieszkam w jednym z
największych miast w Polsce z córką, wynajmuję mieszkanie, nie mam
zdolności kredytowej, żeby kupić własne i obniżyć tym samym koszty
utrzymania. Mam pracę, ale zarabiam mało (budżetowka :I).
Zauważyłam, że z każdym rokiem na coraz mniej mnie stać, bo
miesięczne rachunki są coraz wyższe... Wszystko wydaję na rachunki i
skromne jedzenie. Nie mam tu rodziny. W miom rodzinnym mieście
(daleko stąd) stoi mieszkanie, które jest do mojej dyspozycji.
Przeprowadzka oznaczałaby koniec kłopotów finansowych, kontakt z
liczną, przyjazną rodziną, ale i koniec częstych spotkań mojego
dziecka z ojcem. W tej chwili siedzę sama z córką w domu, wczoraj
był u nas jej ojciec, z ktorym jestem w dobrych relacjach. No
właśnie... Jedynym punktem, który przytrzymuje mnie w kiepskiej dla
mnie sytuacji jest jego relacja z naszym dzieckiem. Widują się 2x w
tygodniu. Nie wiem co robić... Z jednej strony życie z perektywą
tułaczki po coraz droższych wynajmowanych mieszkaniach i ubożenie
(już w tej chwili mój bilans finansowy jest ujemny, pomagają mi
przyjaciele z rodzinnego miasta, boję się bankructwa i tego, że i
tak prędzej czy później będę musiała się przeprowadzić) a z drugiej
moje odsuwanie tego momentu ile się da, bo miałabym ogromne poczucie
winy, że pozbawiłam dziecko częstych kontaktów z ojcem. Czuję się
jak w potrzasku, co byście zrobili na moim miejscu? Czy taką decyzję
można wybaczyć matce? Jak to wygląda z boku?