szczesciara_25
11.09.10, 15:23
Codziennie to samo... Jest przed osiemnastą. Wracam do domu, po drodze jeszcze wpadnę do sklepu po coś do jedzenia. W moich oknach ciemno. Czy jestem zdziwiona? Nie. Jak mogłoby być inaczej skoro swoje cztery kąty dzielę jedynie z moją samotnością... Nie mam nawet żadnego kota, psa ani nawet rybki, to z troski o zwierzęta bo pewnie umarłyby z samotności. Ja nie umieram. Staram się jakoś trzymać przy życiu. Mam dobrą pracę, która od jakiegoś czasu stała się całym moim życiem (i w gruncie rzeczy jedyną rozrywką – odskocznią od samotności). Nie sądziłam, że będzie mi tak ciężko. Pochodzę z małego miasta i jak to z reguły bywa znam tam prawie wszystkich. Przez całe swoje życie pracowałam tam, mieszkałam, spotykałam się ze znajomymi, rodziną. Dostałam ofertę pracy w innym mieście w dużej firmie. Przyjęłam, bo chciałam coś zmienić. Przeprowadzka, nowi znajomi, rozstanie z chłopakiem, nowe życie... Wszystko stało się już normalne. Poznałam okolicę, zaliczyłam kilka imprez, czasami odwiedzają mnie przyjaciółki z mojego miasteczka... Taki przyjazd jest dla mie jak święto. Ostatnio nawet byłam w ciężkim szoku, bo przyjechała do mnie przyjaciółka, która zresztą ma klucze od mojego mieszkania i było mi tak jakoś inaczej jak wróciłam z pracy. Weszłam do domu, gdzieś tam w tle słychać było radio, zapach kawy na moje powitanie, później wyjście na kolację, imprezę, rozmozmowa do bladego świtu. Fajnie. Tak jest tylko czasami-jak robimy sobie takie „nasze, babskie święto”. Było mi smutno jak musiała wracać do domu, do swojego chłoapak. Położyłam się i pomyślałam, że na co dzień nie chciałabym takiego życia, nie wiem jak to określić, ale takiego beztroskiego...trochę studenckiego... Wszystko się we mnie zmieniło. Skończyłam studia, zaczęłam drugi kierunek (a w planach mam nawet trzeci). Plany na przyszłość mam sprecyzowane. Wiem czego chcę, ale zawodowo. Nie wiem czego chcę prywatnie. Owszem, muszę przyznać że mam nie małe powodzenie u mężczyzn. Ale i tak większość wieczorów spędzam w pojedynkę – z własnego wyboru. Nie potrafię się zdecydować na kolejny związek. Dużo czytam o samotności, jej obliczach, tym jak potrafi być jedynym „towarzyszem” człowieka w wielu sytuacjach. Nie wiem cz moja samotnośc wynika z lenistwa i umiłowania do wygody... Cały dzień spędzam w domu. Nie mogę powiedzieć, że sama ze sobą się nudzę, bo tak nie jest. Doskonale bawię się sama ze sobą, ale ileż można? Czy może być człowiekowi jednocześnie źle i dobrze w swojej samotności? Nie wiem czy bardziej brakuje mi faceta czy przyjaciela. Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że chyba jednak ten drugi. Nie wiem czy znowu potrafię dzielić z kimś mój świat, moje łóżko, moją łazienkę, kuchnię. Czy znowu będę potrafiła się z kimś liczyć i iść na kompromisy. Czy stałam się już starą zgorzkniałą panną? Czy Wy też tak macie? Nie wiem dlaczego Wam o tym napisałam, ale trochę zrobiło mi się lżej.
Dziękuję za uwagę ;)