malakasa4
14.09.10, 23:14
chcę podzielić się swoją historią, bo nie mam nikogo.. z kim pogadać i chyba zwariuję, albo coś sobie zrobię. Za duże napięcie w środku, bezustannie.. Małżeństwo od 10 lat. Pobraliśmy się chyba zbyt szybko, nie byłam zakochana po uszy, zastanawiam się czy w ogóle, ale uznałam, że małżeństwo w tym wieku, po studniach to ostatni dzwonek, powinność wręcz. Przez pierwszych kilka lat docieraiśmy się, było nieźle, mocne wrażenia, podróże.. Głębsze uczucie przyszło z czasem, poczułam że mi zależy ponad życie, .. Po drodze przysły na świat.. dzieci. Będąc w pierwszej ciązy odkryłam że mnie zdradza. Zupełnie nie chciałam uwierzyć w to, stałam jak wryta, byłam w szoku. Nie mogłam w dodatku denerwować sie ze względu na zagrożenie skurczami. Sku...syn tak mnie urządził. Romans ten skończył, choć nie od razu, a raczej ta upadła kobieta go rzuciła, jak okazało się że nie jest taki jak sobie wyobrażała. Ta zdrada zachwiała mój zbudowany świat, mniemanie, że dla niego jestem najważniejsza, że jestem jedyna, kochana.. chyba zbyt dosłownie uwierzyłam w przysięgę małżeńską i jego słówka.. Straciłam na zawsze poczucie wartości, kobiecość, bezpieczeństwo. Mogłabym zrobić to samo, zemścić się, ale czuję obrzydzenie sama do siebie, na myśl, że mogłabym się puścić dla zemsty, poprostu mnie inni mężczyźni nie interesują, ani zadne inne relacje. Po kilku latach znów powtórzyła się sytuacja, przynajmniej wyszła na jaw, bo to czego się nie dowierziałam międzyczasie, to jego wygrana., Ale tym razem ta kochanka była bardziej perfidna i nie chciała odpuścić. Tym razem stało się inaczej, mąż powiedział że odchodzi odemnie w momencie jak odkryłam smsy. Przyznał się do wszyskiego. Takiego wstrząsu nigdy nie przeżyłam, w jednej chwili musiałam poskładać sobie na nowo życie jak to będzie wszystko teraz wyglądać. Błagałam, prosiłam..był nieugięty. Odpuściółam, poddałam się, a on opamiętał się i chciał wrócić. I tutaj zaczyna się dramat. Uwierzyłam że zrywa z tamtym życiem i przychodzi do mnie z czystymi intencjami. Ale to nie taka prosta sprawa. O tym że kontakty były dowiedziałam się po czasie, podobno tłumaczył się że grozila ze się zabije..(swoją drogą byłby spokój, o jednego wrzoda na tym świecie mniej). Poddałam się jak to odkryłam, chciałam rozstania, by odszedł, zniknął mi z oczu raz na zawsze, bo byłoby lepiej, skońcczyć to, uciąć raz a dobrze. Nie odpuszczał, błagał, płakał, obiecywał, odnowił śluby w kościele, nałaziliśmy się po poradniach, ksiądz polecił nam modlić się wspólnie i za siebie.. Uwierzyłam w pomoc z góry. Dziś, jestem na skraju załamania, nic nie pomogło. Dalej mnie zdradza. I nie wiem jak ja to wytrzymam. Postanowiłam ze względu na dzieci pozostać w takiej relacji, bo on za cholerę się nie chce wyprowadzić, poprostu tak wygodnie. A ja co mam zabrać dzieci i do schroniska? Mieszkam z ty sku...synem w jednym ciasnym mieszkaniu, gdyż nie ma wyjścia no i jeszcze ze względu na dzieci, bo ciepią jak go nie ma. One nie zasłużyły na takie cierpienie, niewidywania obojga rodziców. Musiałam nad sobą pracować, wyćwiczyć opanowanie i dystans. Żyjemy dziś obok siebie przestalam nosić obrączkę, rozmawiamy tylko o tym co konieczne, nie ma sexu, bliskości. Oddaje pieniądze, pomaga, stroi się, gdzieś wychodzi, wraca w nocy, a mówi że to praca... Tylko jak tak można dłużej wytrzymać, dokąd to prowadzi...? Tysiące razy myślałam jak z sobą skończyć, bo potrzebuję miłości, bliskości jak tlenu. Z czego mam czerpać, by dać dzieciom, by sama w wieku trzydziestukilku lat czerpać z życia co najlepsze? Jak mam wierzyć w cokolwiek, poukładać w jakąś logikę? Uwierzyłam w sakrament małżeństwa, moc modlitwy, techniki mediacji, kilkanaście wizyt u psychologa.. I nic. Nic. Kobieta w tych czasach jest skazana na taki los. A jak pojawi się jakaś trzecia w małżeństwie, to nawet jak się uratuje przez chwilę ten związek, to jednak problem już jest i to wyjdzie i zniszczy. Okropne są te kobiety, które to świadomie niszczą, wchodzą w taką relację, gdzie są dzieci, żona, gdzie jest tyle rzeczy materialnych na które pracowaliśmy przez lata sami, a ona wyciąga po nie łapę. Nie wierzę już w nic, nikomu. Nie wiem jak żyć, ile wytrzymam, czy czegoś sobie nie zrobię...? . Pomocy ann. mail: malakasa4@gazeta.pl