kaszmirowa
02.04.04, 13:20
Jestem od dwóch lat w separacji. By uniknąć zbędnych emocji pozwoliłam zabrać
mężowi wszystko do czegokolwiek rościł sobie prawo. Zostałam z łóżkiem i
żelazkiem ale zdrowsza... Rok temu przeprowadziłam na swój koszt rozdzielność
majątkową. Każde z nas żyje na własny rachunek, we własnym gospodarstwie. Nie
muszę dodawać, że wszelka więź fizyczna i duchowa uległa rozpadowi. Nie mamy
dzieci. Ponieważ mąż wyraził chęć rozwodu chciałabym przeprowadzić go
sprawnie i w miarę bezboleśnie, bez orzeczenia o winie. No i tu zaczynają się
schody... Przede wszystkim wymaga ode mnie zajęcia się sprawą - bo ja mam
więcej wolego czasu, chce podzielić koszty postępowania rozwodowego na pół
(mimo, że nie dał ani złotówki na rozdzielność i pomimo jego większych
dochodów), i przy tym wszystkim wylewa na mnie całą swoją żółć z przeszłości.
Wydaje się logiczne przeciąć to wszystko rozwodem, ale czuję się dziwnie
biorąc ponownie wszystko na swoje barki (na ślub też przybył ostatni). Mam
zgryz, czy po raz kolejny przypłacić to czasem, pieniędzmi i poczuciem, że
wszystko za niego "odbębniłam". I jeszcze pytanie czy w takim wypadku jest
możliwość uniknięcia rozprawy pojednawczej? Przynajmniej tego chciałabym
sobie oszczędzić...