mola_1985
11.01.11, 15:24
Witam, mam problem z moim mężem. Jesteśmy małżeństwem od ponad roku. Ogólnie mąż jest bardzo miły, ciepły, uczynny, okazuje swoją miłośc na każdym kroku, wszystko potrafi zrobic w domu, bo i poszprzata i ugotuje i jest naprawde dobry. Jestesmy z dwoch roznych rodzin. Ja wychowana w wierze katolickiej, bardzo rodzinna, lubiaca spedzac czas z bliskimi tym bardziej, ze mieszkam teraz ok 100km od rodziców. Moj maz do kosciola nie potrzebuje chodzic, choc na swieta juz go wyciagne. Rodzine ma mala ale i tak nie utrzymuja z nia kontaktu. Jakies imprezy rodzinne itp. odbywaja sie z tesciami, bratem z zona i my dwojka i niekiedy dojedzie jedyna ciotka, z ktora sie odzywaja. A tak w niedziele, czy popoludnia siedza zamknieci sami w domu, bo chyba tak wola, nawet znajomych nie maja. I tak tez nauczyli mojego meza, choc i tak troche sie zmienil odkad jestesmy razem. Z racji tego, ze mieszkam dosc daleko od rodzicow, (tesciow mam za plotem) i widzimy sie nieczesto, to raz w m-u jedziemy na weekend do nich, tzn. od 16 w sobote do ok 13-14 w niedziele. Moi rodzice sa strasznie za mezem, bardzo go lubia i czasami mam wrazenie, ze bardziej sie ciesza ze on jest niz ja, ale mniejsza z tym. Chodzi o to, ze moj maz juz od godz. 12 w niedziele mnie meczy, zeby juz wracac do domu. Nie rozumie tego, ze ja cala rodzine mam daleko, nie mam tu koleaznek, praktycznie caly czas jestem z nim, albo idziemy do tesciow. Nie rozumie, ze brakuje mi mamy, bo to moja najlepsza przyjaciolka, rozmowy telefoniczne to nie to samo i jak juz jedziemy ten raz w m-u do rodzicow to chcialabym troche dluzej posiedziec, pogadac, spotkac sie ze znajomymi, z kuzynkami itp, a on ciagnie do domu, a po powrocie i tak siedzimy sami i gapimy sie w tv. Nie wiem czy moze mu jednak zle u moich rodzicow, czy nie jest tego nauczony. Nie wiem jak mam do niego podejsc, bo za kazdym razem jak wracamy to jest kłotnia i pozniej nie odzywamy sie kilka dni. Nie potrafi pojsc na kompromis. Ja jak ide do jego rodzicow, chodz ich widze codziennie to siedze dosc dlugo i nie wychodze po godzinie bo w tygodniu widzialam sie z nimi 6 razy, tylko staram sie to jakos podzielic i wiem ze im tez jest milo jak przyjdziemy, bo tak naprawde nikogo nie maja albo nie chca miec. A on tego nie potrafi, jak sie uprze to koniec on jedzie i juz. Jak mam z nim rozmawiac, jakich uzyc argumentow, bo nie chce kolejnej klotni. Jak teraz mu odpuszcze to bede sama jezdzic do rodzicow. Juz mi nawet powiedzial, ze jak chce tyle siedziec, to powinnam jechac sama i wtedy nagadam sie za wszystkie czasy. Nie chce klotni z mezem, ale i chce odwiedzac rodzicow i powinien to zrozumiec. Pomoznie jak Wy to widzicie??? Mam racje czy przesadzam?