herta_m
25.01.11, 11:56
Niedawno zdiagnozowałam problemy w moim małżeństwie jako przemoc psychiczną. Z jej wszystkimi przejawami: kłótnie, awantury, wyzwiska, ubliżanie, poniżanie, potem fochy ze strony awanturującego się, często szantaż emocjonalny, tłumaczenie swoich wybuchów zawsze tym, że ja sprowokowałam, brak autorefleksji. Wszystko przebiegające w typowym rytmie cyklicznym, czyli faza narastającego napięcia, faza gwałtownej przemocy, faza miodowego miesiąca (informacje na stronie Niebieskiej linii, dla zainteresowanych www.niebieskalinia.org/nowaTest/index.php?option=com_content&view=article&id=37).
W tym wszystkim autorytarny sposób wychowania dzieci, nieposzanowanie ich godności i prywatności, pretensje często o nic albo o bzdurę. Długo żyłam w przekonaniu, że to taki burzliwy związek, że nikt nie jest doskonały, że w związku zawsze winne są dwie strony, stąd nie podejmowałam jeszcze radykalnych kroków. Teraz jestem gotowa.
Zwierzyłam się z tego wszystkiego koleżance z podobnym stażem małżeńskim, też często narzekającej na męża i usłyszałam od niej, że przesadzam, że to normalne, że tak jest we wszystkich małżeństwach, że jej dzieci też cierpią, ale ona im tłumaczy, że tatuś już taki jest i nie można nic na to poradzić, jest zadowolona, że dzieci jakoś sobie z tym radzą, potrafią ojcu zejść z drogi, są dobrymi dyplomatami (czytaj: są zastraszone i wycofane). Wiem, że jej mąż potrafił powiedzieć jej takie słowa, po których długo musiała lizać rany. Była tak poniżana przez niego, że trudno sobie wyobrazić bardziej bolesne i niszczące poczucie własnej wartości rzeczy. Popłakała, popłakała, przełknęła, żyją dalej. Ona dziwi się, czego ja chcę, przecież tak mają wszyscy. Jestem nadwrażliwa, powinnam jakoś sobie radzić ze swoimi problemami, a mój mąż przecież kocha dzieci i chce dla nich dobrze. Powinnam się starać jego rozumieć.
No i tak mi wyszło, że godzimy się na to, żeby być poniżaną/poniżanym (dotyczy to obu płci zapewne), zatem nie dziwota, że nie jesteśmy szanowane/ni. Tylko w imię czego musimy tak żyć? Dlaczego nikt nas nie uczy, że na takie zachowania nie musimy się godzić? Czy przez tyle wieków w małżeństwach dochodziło do takich patologii, że do dziś nie możemy temu powiedzieć stanowczo: NIE! Ile kobiet jeszcze uznaje takie życie za normę i uważa buntujące się przeciwko temu koleżanki za przesadzające i przewrażliwione? Dlaczego tak się dzieje?