adeleee
27.01.11, 18:38
Chyba nie jest ze mną tak zupełnie wszystko w porządku skoro pojawiam się tu na forum z moim życiowym problemem przed którym właśnie stanęłam...Wiem co pomyśli wielu z Was, ze powinnam pójść do psychologa, psychoanalityka ...może seksuologa....może powinnam. Ale weszłam na forum poczytać, i przyszło mi an myśl podzielenie się moim wyrzutem sumienia...
Otóż...problem jest prosty, teoretycznie... Mąż chce drugie dziecko, ja nie....
Argumenty męża:
Drugie dziecko będzie jego "dopełnieniem"
Argumenty moje:
- Z dziećmi zostaję sama - męża prawie w ogóle nie ma w domu (pracuje dużo ...dla Nas żeby była jasność)
- Całe wychowanie spada na mnie, nasz syn ma 6 lat, za chwilę pójdzie do szkoły
- Oczywiste jest że rezygnuję z pracy co najmniej na dwa-trzy lata, żyjemy wtedy tylko i wyłącznie z pensji męża w związku z czym bywałby w domu gościem i to raczej niedzielnym (bo pracować trzeba by było więcej)
- Tak naprawdę dopiero co kupiliśmy mieszkanie i odbiliśmy się od dna, możemy w końcu odetchnąć i odpocząć, pomyśleć o Nas - może w końcu wyjechać gdzieś na wakacje, przez lata sobie tego odmawialiśmy
Zdaje sobie sprawę że większość za Was moje argumenty odbierze w sposób egoistyczny...ale moje obawy mają jeszcze nieco głębszy wydźwięk....
Szalenie kocham moje dziecko, jest dla mnie wszystkim, całym sercem duszą i umysłem...Mogę z całym przekonaniem stwierdzić że wychowałam go samotnie, mąż zawsze powtarzał że "przecież musi pracować" - oczywiście musiałam to rozumieć...Przez te ponad 6 lat całą sobą poczułam i zrozumiałam na czym polega odpowiedzialność za drugiego człowieka i jak bardzo można kochać...dla mojego dziecka zrobiłabym WSZYSTKO...dosłownie....
Poczułam też jak to jest być w wychowywaniu samotnym...
Oczywiście dumna jestem z tego jaki jest mój syn...jaki będzie - zobaczymy. Dziękuję Bogu za to że jest zdrowy, choć nie raz przeżywaliśmy chwile grozy...
Pomijając całe szczęście jakie zapewne miałam będąc z dzieckiem przez 2 lata non stop (patrzyłam na jego wszystkie postępy, słuchałam pierwszych słów, widziałam pierwszy uśmiech-niezapomniane momenty), to trzeba niestety zauważyć że macierzyństwo to nie tylko cudowne chwile ....ale nierzadko również gorzkie i trudne, zwłaszcza jak się ma męża tyrana, z wiecznymi pretensjami...
Po dwóch latach postanowiłam wrócić do pracy i mówcie co chcecie, osądzajcie jak wam wygodnie...ale dopiero wtedy odżyłam .... Oczywiście dziecko nadal było na mojej głowie, to ja rano biegałam do żłobka,( potem do przedszkola) a po południu pędziłam by synka odebrać. To ja martwiłam się co zrobić kiedy mały chorował...a chorował dużo i często...mąż bardzo rzadko "mógł" pomóc...ale mimo to cieszyłam się że wróciłam między ludzi, czułam się potrzebna....dowartościowywałam się ...sama. Problemy mnożyły się, bo mężowi nie podobało się (co skutecznie zawsze uniemożliwiał) kiedy chciałam pójść z koleżankami "na kawę", generalnie...lepiej byłoby gdybym koleżanek nie miała...
Lata wiecznych pretensji i delikatnie mówiąc ''niemiłym" podejściem do mnie sprawiły że nasze małżeństwo zawisło na włosku...i to jest mój kolejny argument
- mocno zachwiane relacje....to co się dzieje miedzy nam od lat mnie niepokoi, martwi gnębi, milion słów dziesiątki rozmów, litry łez...nie pomogło, chociaż nie raz twierdził ze się zmieni...Do dnia dzisiejszego nie wiem na czym stoję, walczę ze swoimi myślami wierząc że jednak Nam się uda...chociaż czasem (gdybym miała taką możliwość) spakowałabym się i wyprowadziła...opcja rozwodu była poruszana już kilkakrotnie...
...i kiedy tak już od ponad dwóch lat walczę o stabilność emocjonalną między Nami On tak po prostu mówi ze chce mieć drugie dziecko...bo chce...
ręce mi opadły....od miesiąca co dzień pyta mnie czy zmieniłam zdanie, mówi że ma do mnie żal...a ja biję się z myślami....Czuję się podle bo "teoretycznie nie chce dziecka" - jak można w ogóle nie chcieć dziecka ???!!!! Ale ja naprawdę się boję...po prostu, że nie dam sama rady....nie podołam przede wszystkim psychicznie, fizycznie i emocjonalnie....bo mąż otwarcie mówi że "on będzie musiał pracować" .... nie dam rady....nie chcę "musieć" dawać radę....
W odpowiedzi słyszę "jesteś wygodna" , "życie to poświęcenie"
Kiedyś marzyłam by mieć szczęśliwą rodzinę, pochodzę z domu w którym kobieta nie wiele miała do powiedzenia, i wszystko spoczywało na jej barkach, mama była bita...popadła w alkoholizm....marzyłam by moje dziecko wychowywało się w lepszych warunkach, żebym mogła zaoferować mu spokój i pomóc w przyszłości...
W chwili obecnej nie wiem jak będzie wyglądało Nasze życie....sprzeciw odnośnie drugiego dziecka to kolejny zawód mojego męża względem mojej osoby...Nawet nie jest zły...mówi mi tylko ze jest nieszczęśliwy :( A kiedy pytam "Jak możesz ? Przecież masz zdrowego cudownego syna...? My jesteśmy zdrowi, osiągamy coś, jesteśmy na swoim tylko dzięki sobie samym...." odpowiada "i co z tego...." :(
A we mnie wszystko krzyczy "NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE !!! "
Jestem podła ???