piataziuta
13.02.11, 16:16
Miałam w życiu tylko 3 bliskie koleżanki ("przyjaciółki"). Obecnie mam dwie.
Ta z którą się dziś nie kumpluję, jest osobą która budziła we mnie instynkt opiekuńczy.
Patologiczna rodzina, mama zmarła w dramatycznych okolicznościach, dziewczyna inteligentna ale zagubiona. Dałabym się pociąć za nią. Po 5 latach ciągnięcia jej w górę, stania przy niej murem, uczenia jej egoizmu - w celach wzmocnienia, efekty okazały się imponujące.
Tak się złożyło, że byłam w dość ciężkiej depresji i po dwóch miesiącach bycia warzywem, oznajmiłam pewnego razu, że potrzebuję by ze mną posiedzieć. Koleżanka przyszła na 5 minut i oznajmiła, że sorry, ale ona idzie, bo ma taką fazę, że musi na dyskotekę.
Bywa.
Druga z mych życiowych koleżanek, jest dużo bardziej autonomiczna (od niedawna, bo kiedyś obraziła się na pół roku, za to, że na wyjeździe nie poświęcałam jej wystarczająco uwagi - a ja po prostu nie jestem przyzwyczajona, bo nawet mój facet tyle uwagi nie potrzebuje). Bardzo inteligentna, błyskotliwa osoba. Jej opowieści powodują jednak, że zmieniam się, niczym żona Lota, w słup soli. Nie bardzo wiem jak się zachować, gdy ona opowiadając coś prawie płacze, a ja mam ochotę jej powiedzieć "boże, jak Ty pie...sz, kochana, jakby ludzkość robiła takie z igły widły na każdym kroku, to dawno byśmy wyginęli z powodu masowych samobójstw". I nigdy nie wiem, jak tu pogodzić chęć bycia szczerą z pragnieniem nieurażenia jej.
Ostatnia z moich koleżanek, właśnie się ze mną prawie rozwiodła. Dyskutując namiętnie na temat preferowanych cech u mężczyzn, okazało się, że oceniam niepochlebnie jej faceta i na nic zdały się tłumaczenia, że ja tak tylko hipotetycznie, że absolutnie nie chciałam jej urazić. Stwieredziła, że skoro obrażam jego, to obrażam też ją. To nic, że z obecnym facetem nie łączy jej zbyt wiele i myśli o nim w kategoriach przejściowych.
Ona by o moim tak źle nie powiedziała, mimo że, nie uważa, że ma on cokolwiek wspólnego z facetem. Próbowałam wytłumaczyć jej, że być może epitety które stosuję, mają inny wydźwięk w moich uszach niż w jej. Nie udało się. Użyty przeze mnie epitet, w jej mniemaniu znaczy tylko to, co ona mówi że znaczy. I ona wie, że się takich w stosunku do facetów koleżanek nie stosuje. Kropka. I żadnych logicznych dywagacji na temat różnego pojmowania rzeczywistości tu nie poprowadzimy. Przeprosiny i tłumaczenia na nic się więc zdały, a ja w pewnym momencie poczułam jak to jest być facetem, który przez dwie godziny bezustannie obrywa za niefortunne sformułowanie.
Masakra.
Ja naprawdę uważam, że kobiety są często dużo inteligentniejsze i bardziej zaradne od mężczyzn. Wokół mnie to kobiety robią wielkie biznesy, trzymają za chabety i dom i pracę i rodzinę, a ich mężczyźni ,w najlepszym przypadku, im nie przeszkadzają.
Ale ku..., jak można myśleć i jednocześnie tak bardzo zamykać się w swoim świecie, żeby nie widzieć niczego wokół siebie i robić mnóstwo problemów tam gdzie ich nie ma?
Tak więc sory, drogie forumowiczki, ale JUŻ NIGDY nie będziecie moimi koleżankami.
Mam dosyć.