zawsze_o_co_kaman
13.05.11, 19:48
Mieszkam w bloku 50-ciorodzinnym gdzie dotychczas mieszkały same młode małżeństwa oraz studenci. Przez niemal 4 lata nie było żadnych konfliktów sąsiedzkich do momentu, gdy zamieszkały tu dwie rodziny ze starszymi osobami "na pokładzie". Zaczęły się kłótnie, że psy nie mogą biegać luzem (Yorki, labradory i goldeny) bo to groźne zwierzęta, że studenci na balkonach za głośno rozmawiają, że w nocy kręcą się po korytarzach i że pralki wieczorami za głośno działają. Ostatnio doszło do tego, że obie starsze osoby (pewnie z nudów) zaczęły karczować teren w pobliżu bloku, wycięły róże o wysokości ok. 5 m, które pięknie kwitną w lecie oraz 5 metrów żywopłotu w samym jego środku (cały ma ok. 50 m) "bo ponoć suche było" a tak naprawdę to po zimie jeszcze nie zdążyło puścić pączków (sprawdziłam wyrwane gałązki - były w środku zielone więc żywe). Na domiar złego teren, który zaczęły sobie "porządkować" jest w naszym bezpośrednim sąsiedztwie ale nie należy do Wspólnoty i jak to zwykle bywa zaraz zainteresuje się tym właściciel i będą kłopoty za które zapłaci cała Wspólnota - z powodu braku wystarczającej ilości miejsc, parkujemy swoje samochody na terenie należącym do właściciela wykarczowanego żywopłotu i kwiatów. Nie wiemy jakie ma plany co do terenu ale rok w rok żywopłot był przez niego pielęgnowany a róże przycinane więc braki zauważy od razu... Nie mam zamiaru płacić za nadgorliwość sąsiadek a wysunięte przeze mnie argumenty spotkały się z oburzeniem i stwierdzeniem, że my młodzi wszyscy jesteśmy nienormalni i wieczorem do jednej z tych pań musiało aż przyjechać pogotowie bo z nerwów serce nie wytrzymało... I co tu zrobić??? Olać czy interweniować dalej???