loftlovestory
15.06.11, 10:36
Witam.
Od roku jestem w zwiazku z mezczyzna z tak zwanego ginacego gatunku mezczyzn porzadnych, uczciwych, wiernych i z partnerskim podejsciem do zwiazku. Dobrze sie z nim czuje, mamy wspolne pasje i podobne poczucie humoru. I wszystko byloby super, gdyby nie fakt, ze z mojej strony to chyba nie jest milosc. Mowie "chyba", poniewaz to moj pierwszy powazny zwiazek (mimo 26lat na karku) i sama do konca nie wiem czego chce i co czuje. Co do jego uczuc nie mam watpliwosci. Czuje sie wewnetrznie rozdarta, bo teraz jest mi z nim dobrze, ale nie jestem przekonana czy to jest relacja "na zawsze". Zeby nie bylo, ze jestem wyrachowana oszustka, on wie o moich rozterkach, ale niezlomnie w tym trwa dajac mi czas na oswojenie sie z ta sytuacja. Czuje sie beznadziejnie, bo mam wspanialego faceta, a w glowie tyle watpliwosci. Staram sie byc dla niego najlepsza partnerka w zyciu, lozku i na codzien, doceniac go. Prosze o rade czy mam sie opamietac, wrzucic na luz i docenic to co mam (w koncu nie kazde prawdziwe uczucie musi byc szalone i namietne, prawda?) czy powinnam odejsc, bo im dalej w las bym bardziej bedziemy pozniej cierpiec.
P.S: Nie wiem na ile w tym wszystkim moze to miec znaczenie, ale jestem DDA.