zielonyjakmurawa
27.08.11, 12:34
Z racji z tego, że już dawno wzniosłem się na wyżyny w kwestii totalnego nie rozumienia kobiecych sygnałów, to różne dziwne zachowania przestały mnie zaskakiwać - przyjmowałem je jako coś naturalnego, co trzeba zaakceptować. Jednak tym razem okazało się, że jednak nieraz jeszcze zostanę zaskoczony.
Po tym nieco tajemniczym wstępie warto przejść do konkretnej sytuacji. Zacząłem spotykać się z bardzo fajną dziewczyną. Widzieliśmy się póki co już/dopiero trzy razy i były to moim zdaniem randki bardzo udane, bo dla mnie udaną randką jest spotkanie, podczas którego uda mi się nawiązać jakąś fajną więź z drugą osobą. I tak właśnie było tym razem. Chociaż randki nie były długie (średnio dwie i pół godziny), to zawsze rozmawiało nam się rewelacyjnie, szybko znaleźliśmy wspólny język, zainteresowania, a do tego okazało się, że mamy podobne poczucie humoru i bez problemu potrafiliśmy się wzajemnie rozśmieszyć. W dodatku po pierwszej randce wymieniliśmy kilka dłuuugich maili, które nam się czytało z wielką przyjemnością i które pozwoliły nam się jeszcze lepiej poznać. Pogadaliśmy też parę razy przez telefon i mimo moich pewnych obaw, okazało się, że taka forma komunikacji też się w naszym przypadku się sprawdza. Jeśli chodzi o jakąś fizyczność, to póki co w zasadzie jej nie ma. Pierwsza randka była typowo zapoznawcza, więc nawet mi do głowy nie przyszło, żeby "przejść do działania", jak to niektórzy mówią. Na drugiej już z mojej strony jakiś dotyk się pojawił, ale było to raczej subtelna, podświadoma próba przyzwyczajenia jej do mojego dotyku - nie zdziwiłbym się, jakby w ogóle nie zwróciła na to uwagi:P A na trzeciej randce, gdy ją już odprowadzałem, to wreszcie ją objąłem i tego raczej przegapić nie mogła. Nie protestowała, więc chyba odebrała to pozytywnie. Zdaję sobie sprawę, że działam w żółwim tempie, ale inaczej nie umiem - w jakimś stopniu jestem jednak nieśmiały. Poza tym nie chcę wyjść na napalonego natręta. Tym bardziej, że w takich znajomościach najważniejsze dla mnie jest pokrewieństwo dusz. Oczywiście moja urocza towarzyszka nie tylko jest inteligentna, ciekawa i dowcipna, a też (przynajmniej dla mnie) bardzo atrakcyjna, ale i tak nie czuję potrzeby, by jakoś wszystko przyspieszać. Krótko mówiąc, wydaje mi się, że póki co wszystko rozwija się ok.
No dobrze, ale gdyby wszystko było ok, to bym tutaj nie pisał, prawda? W tytule napisałem "dziwne zachowanie", więc warto w końcu do tego nawiązać. Problemem jest dla mnie w zasadzie totalny brak inicjatywy z drugiej strony. Na początku nie zwróciłem na to uwagi, bo wymienialiśmy się mailami - raz pisałem ja, raz ona. Ale po paru dniach jakoś przestaliśmy i wtedy zdałem sobie sprawę, że jeśli ktoś pisze smsa, maila czy dzwoni, to zawsze tą osobą jestem ja. Co prawda umówiliśmy się na dwie kolejne randki, więc trudno uznać jej zachowanie za sugerujące, że nie chce się spotykać, ale dało mi to do myślenia. Po prostu tego nie rozumiem - rewelacyjnie się dogadujemy, dobrze czujemy w swoim towarzystwie, a ona nawet nie napisze jednego smsa. To wszystko powoduje, że nie wiem, czy ona w ogóle jest mną zainteresowana. Oczywiście kumpel od razu stwierdził, że jakby nie była zainteresowana, to by się nie spotykała, ale nie jestem taki pewny. Chociaż (jak wyżej napisałem) moje działania też nie były jakieś szczególnie uwodzicielskie, to wydaje mi się, że dość jednoznaczne - dążę do spotkań, baaardzo powoli staram się wprowadzać jakiś dotyk, pokazuję jej, że staje mi się bliska, a na ostatniej randce wręczyłem jej mały bukiecik wraz ze słowami w stylu, że "poprosiłem o kwiatki pasujące do najśliczniejszego uśmiechu" (wiem, że tekst cheesy, ale co tam:P), z których bardzo się ucieszyła. Ponadto (a może przede wszystkim?) poznaliśmy się na portalu randkowym, więc dość jasne jest, że obydwoje poszukujemy.
Podsumowując, jest (chyba) obustronne zainteresowanie, ale tylko ja wykazuję jakąś inicjatywę. Na koniec ostatniej randki zaproponowałem kolejną, a ona z uśmiechem odpowiedziała, że zobaczy, jak będzie jej szło pisanie pracy i czy będzie miała czas. I nie był to (raczej, bo co ja tam wiem) tekst z tych spławiających. A właśnie - praca, a dokładnie praca magisterska. Niedługo ma deadline i faktycznie ciągle nad tym siedzi. Ja to oczywiście rozumiem, więc nie staram się jej na siłę wyciągać i kazać jej ze mną spędzać całego dnia:P Wiem, że musi temu poświęcić wiele czasu i jest to coś stresującego. Natomiast wiem, że jak sam pisałem pracę dyplomową, od świtu do zmierzchu, to i zawsze znalazłem czas, żeby się trochę zrelaksować i odpocząć. A minutę na napisanie smsa znalazłbym zawsze i wszędzie. Widzieliśmy się w środę, dzisiaj mamy sobotę. Od środy nie odezwała się nawet słowem, mimo że ja do niej coś napisałem i dzwoniłem (ale nie odebrała), co nie jest już tylko brakiem inicjatywy, ale wręcz ignorowaniem mnie. Mimo że bardzo mi zależy (zależało?) na tej znajomości, to nie będę się codziennie dobijał i wokół niej skakał. Mam zamiar poczekać jeszcze ze dwa dni, żeby się przekonać, czy sama się odezwie, ale jestem prawie pewien, że tego nie zrobi. Jak znam siebie, to pewnie za te parę dni sam, jak gdyby nigdy nic, się do niej odezwę, ale czy to będzie miało sens? Jak wspomniałem na początku, jestem tragiczny w kwestii odczytywania sygnałów, ale wydawało mi się, że póki co wszystko wskazywało na bardzo pozytywny rozwój znajomości, więc tym bardziej nie rozumiem, o co jej chodzi. Czy ona chce, żebym dał jej spokój? A może chce zyskać kumpla-i-nic-więcej? A może tradycyjnie przesadzam, nie umiem zinterpretować prostej sytuacji, a ona czeka aż ją zdobędę, bo na tym etapie znajomości jej zdaniem to mężczyzna ma nonstop wykazywać inicjatywę?
Dodam jeszcze, że zawsze się tak rozpisuję:P a ona na moje długie maile odpowiadała równie długimi, a nawet nieraz dłuższymi. Że też się jej chciało...