fiona.sheville
07.09.11, 19:33
Niedawno zaczęłam nową pracę, wymogi na stanowisko księżycowe (staż, języki, wykształcenie), wieloetapowa rekrutacja i wreszcie dostałam stanowisko o zaszczytnej nazwie "sekretarz dyrektora".
Przy podpisywaniu umowy otrzymałam zakres obowiązków, a moja poprzedniczka przez trzy tygodnie przyuczała mnie do nowych obowiązków i wszystko było pięknie aż do wczoraj.
Była mała uroczystość (ktoś dostał awans), więc pracownicy zebrali się w moim gabinecie, kawka, ciasteczko, słowem standard.
Pod koniec jedna ze starszych pracownic podeszła do mnie z brudnym talerzem i spytała gdzie odkładamy brudne naczynia (jakby przez tyle lat nie wiedziała). Powiedziałam, że nie wiem, na co zrobiła wielkie oczy.
Ja ich przecież nie zmywam - odpowiedziałam i w tej chwili z opresji wybawił mnie telefon od klienta.
Dziś moja poprzedniczka mi oświadczyła na stronie, że do moich obowiązków należy zmywanie "garów".
Normalnie mnie zamurowało.
Podczas rekrutacji, a potem przez prawie miesiąc nikt słowem nie pisnął, że będę zmywać filiżanki po jaśnie panie dyrektorze.
Jak mam wybrnąć z tej sytuacji? Nie mam ochoty być niczyją służącą.
Nie jest to praca moich marzeń, ale atmosfera wydawała mi się w porządku, do tej pory miło sympatycznie, każdy pomocny i wyrozumiały, a tu taki zgrzyt.