b.ianca
04.11.11, 18:42
Ogólnie jestem tu nowa i to mój pierwszy post. Będzie też chyba przydługawo.. w każdym razie liczę na jakieś racjonalne odpowiedzi; dopiero teraz do mnie dotarło, że nie mam z kim o tym porozmawiać i chyba nawet nie potrafię, za bardzo mi wstyd.
Mam 26 lat, jestem z kimś od roku. Jest nam razem dobrze i wiem, że bardzo mu na mnie zależy. Ale nie o tym...moja rodzina to jedno wielkie nieporozumienie, a małżeństwo moich rodziców to idealny antyprzykład małżeństwa. Całe dzieciństwo dorastałam w hałasie, awanturach, stresie i wstydzie za swojego ojca.W gruncie rzeczy mogę powiedzieć, ze miałam dwóch ojców: pijanego, wulgarnego i terroryzującego cały dom, który po wytrzeźwieniu stawał całkiem przyzwoitym i zabawnym człowiekiem, niestety zupełnie niezaradnym, leniwym, a przy tym nienawidzącym wszystkich, którzy się czegoś dorobili. Jednym słowem całe życie żyliśmy od pierwszego do pierwszego, a w międzyczasie ojciec serwował nam "alkoholowe atrakcje". Praktycznie wszystko spoczywało na barkach mojej mamy, tak jest zresztą do teraz. Po maturze wyprowadziłam się do innego miasta i dopiero wówczas odżyłam. W gruncie rzeczy to stamtąd uciekłam. Przykre to, ale nie lubię wracać do rodzinnego domu; za każdym razem kiedy przyjeżdżam, już po jednym dniu mam ochotę się ewakuować, musząc uczestniczyć w tych wszystkich awanturach. Tak bardzo przesiąkam tą toksyczną i chorą atmosferą, że po powrocie do siebie przez dwa dni mam doła. Przyjeżdżam chyba tylko ze względu na mamę.
I teraz do meritum: mój P. nadal nie wie o sytuacji w moim rodzinnym domu; za nic w świecie nie potrafię się przełamać, żeby to wszystko z siebie wyrzucić. Jestem strasznie zblokowana, nie umiem o tym rozmawiać. Całą podstawówkę i liceum udawałam, że mam normalny dom; tak bardzo się wstydziłam, że prawie nigdy nie zapraszałam do siebie znajomych. On ma normalną kochającą się rodzinę, wykształconych rodziców, którzy czegoś się dorobili. Ja: ojca alkoholika, choleryka, czasem tak prymitywnego, że aż przykro mi o tym pisać; bez pracy, nienawidzącego wszystkich, którym tylko wiedzie się lepiej, czyli prawie wszystkim; mamę, która bardzo mnie kocha, za to znerwicowaną, przewrażliwioną i harującą na dom; brata pasożyta, który ledwo skończył zawodówkę i nadal uważa, że nie opłaca mu się pracować, śmierdzącego lenia żyjącego z zasiłku, który w całości wydaje na fajki i piwo.
Wiem, rodziny się nie wybiera. Ale jest mi trudno przyznać się do tego, jak naprawdę ona wygląda. Wszelkie pytania wolę zbywać żartami i ogólnikami.
Pewnie ktoś napisze, że jak kocha to nie będzie to miało dla niego znaczenia.
I wiem, ze nie będzie miało. Wiem, że mu zależy. Chodzi tylko o ten palący wstyd, trudno to zrozumieć osobom, które nie znają takiej sytuacji z autopsji, ale ten wstyd czuję całe życie. Ciągle się wstydzę. I wiem, że mówiąc o tym rozpłaczę się jak dziecko, ja, która na co dzień jestem twardą i silną osobą.
Proszę o rady, jak się przełamać, bardzo chciałabym mu powiedzieć prawdę, ale wstyd jest silniejszy ode mnie. Z drugiej strony, nie umiem sobie wyobrazić, że jedziemy razem do mojej rodziny i on musi na to wszystko patrzeć, słuchać przykrych słów mojego ojca do mamy, rozmawiać z z moim bratem, który nic sobą nie reprezentuje.
Aż się rozbeczałam.