muszek0
30.05.04, 13:41
Jest jedna reklama w telewizji, która drażni w mnie okrutnie. Celowo użyłem
słowa "okrutnie", gdyż w moim słowniku jest to słowo bardziej oddające mój
stan zdenerwowania niż słowo "bardzo". Mogę na przykład powiedzieć, że taka
czy siaka relama drażni mnie bardzo, ale w gruncie rzeczy nie jest tak źle,
bo nie drażni mnie jeszcze okrutnie. Powiedzmy taka reklama środka na bóle
żołądka, gdzie jakiś, nie waham się użyć słowa, pizdowaty jegomość prosi o
mietę w eleganckiej resturacji i w dodatku kłamie w żywe oczy, fałszywiec
jeden, że wcale nie ma zgagi, tylko uwielbia popijać sobie mietę od czasu do
czasu. Reklama ta drażni mnie bardzo, chociaż nie, w chwili kiedy to piszę
przypomina mi się ta ślimakowata gęba i to, że łączą nas francuskie filmy i
zgaga, i stwierdzam, że jednak określenie "bardzo" byłoby za słabe - ta
reklama drażni mnie okrutnie.
Ale wracając do tej pierwszej reklamy o której chciałem napisać, a moja
dywagacyjna natura mi nie pozwoliła - chodzi mi o reklamę jakiegoś proszku,
gdzie żona opowiada jak to jej mąż lubi w hipermarkecie zatrzymywać się przy
każdej hostessie. Już nie chodzi mi o to, że ta reklama pokazuje jakieś
fatalne stereotypy, gdzie mężczyzna jest pokazany jako całkiej wydolny
jeszcze miłośnik non stop króliczego ruchania, jako maczo, który musi się
zatrzymać przy każdej hostessie i pooglądać jej nogi, dekolt, zagadać pierdu-
pierdu, tanio zaflirtować. I że mógłby tak każdą hostessę pokryć w try miga i
ruchać na przemian popijając soczek z malutlkiego plastikowego kubeczka. Już
nie chodzi mi jeszcze o pokazany wizerunek kobiety, która cały czas robi
pranie a która jest teraz zazdrosna o swojego jurnego mężusia, który to,
pierdoła jedna, gapiąc się na sterczące piersi młodej hostessy, zapomniał
gdzie ma gębę i nie trafił, i mikroskopijnym odcinkiem spaghetti polanego
mikroskopijną dawką sosu poplamił sobie koszulę. Ba ! i tu sie zaczyna
dramat. Zbuntowana żona każe mu samemu uprać zasyfioną koszulę. Na szczęście
koszula zostaje uprana a żona stwierdza, że mąż już sie nie boi pralki. Myli
się, wcześniej też się nie bał, tylko nie umiał gamoń zrozumieć napisów 30,
40, 60, 90, pranie wstępne, bawełna, syntetyki.
Chodzi mi o to, że każdy zdrowo myślący obywatel robi to, co się robi w
hipermarkecie - zakupy, a później ładuje wszystko do samochodu i jedzie do
domu. Przynajmniej ja tak mam. Osobnik raczej przeciętny, lekko
podtłuszczony, niezbyt niski, niezbyt wysoki, nie wyróżniający się z tłumu,
poziom debilizmu w normie (no, ewentualnie, czasami mogą być skoki). A może
to ja jestem inny? Może każdy zdrowy, w pełni sił witalnych facet zatrzymje
się przy każdej hostessie?
Ech, nie ma co rozmyślać teraz, może innym razem.
Ja w każdym razie nie cierpię jak jestem zaczepiany przez hostessę.
Jadę na przykład wielkim wózkiem (do którego wrzuciłem dwa złote) między
regałami, jakiś jogurt, serek, masło, koniec regału i buch, stoisko z
hostessą, i już mnie zdybała. "Dzień dobry, zapraszam pana na degustację,
dzisiaj mamy promocję, kupując dwa opakowania, jedno dostaje pan gratis" -
mówią jej bezkrytycznie roześmiane usta - sama słodycz, aż mdli. Na tacy
widzę masę mikrosopijnych kosteczek z ponabijanymi patyczkami - produkt
niezidetyfikowany. Mogłoby to być równie dobrze masło, szynka, kitekat lub
sprasowany słoń w kalesonach. Nie mogę tak po prostu odejść bez słowa. Ot,
kultura osobista do czegoś zobowiązuje. "Nie, dziękuję, nie jestem
zainteresowany" - mówię z uśmiechem i od teraz jest to moja magiczna
formułka. Za chwilę słyszę kolejne zaproszenie do zakupu pięciu opakowań -
jedno gratis i znowu mówię "Nie, dziękuję, nie jestem zaiteresowany". Koszyk
się powoli zapełnia, jestem w połowie zakupów. Jestem już trochę zmęczony i
podenerwowany. Skróciłem moją formułkę do "Nie, dziękuję". Przemierzam
kolejne rozdziały świata konsumpcji, tłum i zgiełk powoli rozstrajają mnie
nerwowo. Teraz już międlę w ustach słowo "dziękuję" i kiwam przecząco głową.
Kolejne dwa rzędy regałów i już nic nie odpowiadam na zaczepki hostess, tylko
kiwam przecząco głową. Jednak moje poczucie kultury osobistej podpowia mi, że
to może być lekko niegrzeczne, więc do każdego kiwnięcia głową dołączam
grymas uśmiechu gratis. Po chwili i to zaczyna mnie wkurzać. Nic nie mówię,
nic nie odpowiadam, po prostu nie reaguję. Jest to tak świetna myśl, że
powoli nastrój mi się porawia i nawet odzyskuję siły. I wreszcie zbliża się
chyba koniec. Ostatnie regały z wodą mineralną, sokami i piwem. Idę dziarsko
przez środek. Mijam hostessę, ale ja, wiadomo, już nie reaguję. "Serdecznie
zapraszam na promocję. Kupując cztery puszki piwa, dostaje pan kufel gratis".
Zadowolony, że problem hostess już mnie nie dotyczy sięgam po wodę mineralną
niegazowaną. Ale zaraz, zaraz. Patrzę w lewo - rząd różnokolorowych butelek,
nikogo, tylko ja i hostessa. Patrzę w prawo - również ściana różnokolorowych
kartoników, nikogo, tylko ja i hostessa. Czyli kiedy mówiła: "Kupując cztery
puszki piwa, dostaje pan kufel gratis" mówiła to do mnie i tylko do mnie.
Tylko, że ja stałem odwrócony plecami, bo wybierałem z półki wodę mineralną
niegazowaną. Jasna cholera, jak ta dziewczyna musiała się poczuć? Na pewno
musiało jej być przykro. Spadam stąd. Idę do kasy, bo już dłużej nie
wytrzymam. Ale te wyrzuty sumienia. Będą męczyły. Zastanawiam się chwilę, po
czym wracam w stronę hostessy. Jest już parę klientów a więc jest raźniej.
Podchodzę do niej i mówię bez chwili wahania:"Nie, dziękuję, nie jestem
zainteresowany". A więc pełna, nie okrojona formułka. Niech ma bidulka.
Należy jej się. Tylko to zdziwienie na jej twarzy było niepokojące. Widocznie
nie często miała do czynienia z klientami o tak spóźnionym zapłonie.
Wyszedłszy na idiotę, wyszedłem z marketu. Jeszcze po drodze niepotrzeba
ulotka wetknięta do ręki pośpiesznie wyrzucona do najbliższego smietnika, i
jestem na parkingu. Ładując rzeczy do bagażnika pojawia się znikąd koleś
chcący parę groszy na chleb. Dziwne uczucie - ładujesz do bagażnika tony
żarcia, a ten mówi, że jest głodny i potrzebuje na chleb. "Weź ty się
człowieku odpierdol" - ryczę w pasji. Szkoda, że ten nieborak stał się
piorunochronem zbierającym nagromadzony we mnie ładunek nerwowości.