bluenote1
02.12.11, 10:17
Argument przeciwko tezie, że feministki nie mają już o co walczyć, że jest równouprawnienie:)
Na forum Mężczyzna utworzyłam wątek o tym, że gotujący facet żąda nieustannego doceniania faktu, że gotuje obiady. Co więcej, kreuje się na świętą krowę i każdą najmniejszą uwagę kwituje nieodmiennie okrzykami: "PRZECIEŻ JA GOTUJĘ OBIADY!!" albo "NIE SMAKOWAŁ CI OBIAD!?!?!". Rzeczony facet nie robi poza tym w domu nic, robi jedynie jeszcze zakupy, ale tylko on jest zmotoryzowany, oszczędny, więc zakupy są jego domeną siłą rzeczy.
Za to, że gotuje obiady (także dla siebie) każe być sobie wdzięcznym, a czy dziękuje żonie za to, że codziennie może sobie robić śniadanie w czystej kuchni? Czyste ubrania same wyrastają na sznurku? Kibel sam się szoruje?
Jakież było moje zdziwienie, gdy jako pierwsza napisała kobieta, że gotujący samiec to skarb.
Gotująca kobieta to norma, samiec to skarb. Watro dodać, że samiec zostawia po sobie niewyobrażalny sajgon w kuchni, bo przecież nie on będzie sprzątał. Gotujący mężczyzna tym bardziej nie jest w moim odczuciu godny nieustannego wielbienia (normalne dziękuję i pochwała tak, ale bezkarność i wieczne padanie na kolana już nie), że przecież nie jest to wyczyn ponad jego siły, ma do tego smykałkę, powiem więcej, lubi gotować. Ponadto wiadomo, że najwięksi i najlepsi kucharze na świecie to mężczyźni, zatem naturalnymi predyspozycjami do gotowania kobiet też nie można się podeprzeć.
Zatem jak to jest z tym wymogiem wdzięczności za gotowanie?