headvig
03.12.11, 20:51
3,5 roku małżeństwa, wcześniej tyleż samo bycia razem. jakoś nuda, rutyna, zmęczenie zaczyna wkradać się w nasze życie. do tego kolejnych studiów mi się jeszcze zachciało, co pochłania moje resztki wolnego czasu. on też dużo pracuje, pracoholik (ale byłam tego świadoma przed ślubem), urlopu nie chce wziąć, bo zostawia go sobie „jak będą dzieci” – dzieci natomiast nie ma i wygląda na to, że prędko nie będzie.
ja - praca, gotowanie, pranie, prasowanie, sprzątanie, spanie, łykend studia. on – praca, spanie, praca, spanie, łykend zakupy. i tak jakiś impas się zaczyna tworzyć, a pogłębia się co tydzień. nawet powiedział, że ja szarą myszą jestem w porównaniu z jego odwalonymi koleżankami z korporacji. dodał, że mi pomoże, że może mam za dużo obowiązków, ale to byłoby na tyle, prosić się nie będę, tym bardziej jak oboje mamy zdupczony humor i haja wisi na włosku. na randki też nie chodzimy – bo „oszczędzamy”. zaczynam popadać w depresję, a czasem to nawet rzucić się z mostu.
Zapewne nie jestem jedyna – jak sobie radzicie z taką prozą życia? Co zrobić, aby to co się jeszcze żarzy, nie zgasło kompletnie?