lena.nocna
11.12.11, 18:17
Przeanalizowałam sobie moją ostatnią relację i doszłam do poniższych wniosków.
Jestem ciekawa czy macie podobne obserwacje.
Na początku bycia ze sobą cieszył się, że niczego od niego nie wymagam, że jestem niezależna, że na nim nie wiszę. Odpowiadało mu to, że niczego nie deklaruję i nie zmuszam go do żadnych deklaracji. Nie przeszkadzało mu, że mam inne zdanie i że nie zgadzam się z jego wizją świata. Podniecały go dyskusje. Czuł się swobodnie, bo nie nalegałam na spotkania, nie zawracałam mu głowy infantylnymi smsi, miałam swoje życie i swoje priorytety, nie musiałam czerpać energii z jego życia. Polubił mnie właśnie dlatego, że taka byłam!
Potem wszystko odwróciło się o 180 stopni. Zaczęło mu przeszkadzać, że się z nim nie zgadzam, że nie piszę, nie mówię gdzie i z kim jestem. Chciał żebym zachowywała się jak typowa kobietka, wisząca misiowi na szyi, wpatrzona w jego oczy. Wypytywał czy kogoś mam, zaczął oczekiwać deklaracji, spowiadania się ze swojego życia.
Rozumiem, związek, chciał potwierdzenia uczuć. Ale ja się nie zmienię, nie potrafię być głupiutką trzpiotką ciągle piszącą całuski w smsach.
Gdzie tu konsekwencja. Czy ludzie naprawdę wiedzą czego chcą (pytanie retoryczne :-))?