ellvenpath
31.12.11, 22:47
Zastanawiam się czy pisać od końca czy od początku. Może od początku.
Po rozwodzie. Sama z dwójką dzieci. Obolała. Idącą krok po kroku do przodu budując swoje życie od nowa. Mieszkała na południu kraju. Obecna od dwóch lat na forum dla zdradzonych. Pewnego dni pisze tam pewien mężczyzna. Zaczynają korespondować. Efekt: romans między górami a morzem(bo on znad morza), po roku męska decyzja i przeprowadzka nad morze. Plan był taki, ze mieszkają osobno, bo jej zależało na wolności, wyciszeniu się po rozstaniu z mężem. Ale jak to z planami bywa, życie wymusiło na nich wspólne mieszkanie. Było ok. On bardzo dobry, opiekuńczy, kochał ją, dbał o nią, ale...no bo musi być w tej historii. Pomijam, ze samotnik i ciężki w okazywaniu uczuć, ale wieczory wolał spędzać sam, z laptopem i szklaneczką whisky. Nie, nie chodził pijany, żadnych awantur, po prostu ona chodziła sama spać, seks raz na trzy miesiące. Z roku na rok było coraz gorzej, potem to już i wieczory były samotne, bo on gnał do laptopa, a seks? Szkoda gadać. Gdy mówiła:”Kocham cię”, czuła się jak idiotka, inicjując seks – jak nimfomanka. On twierdził, ze nie wierzy w ten cały teatr z kochaniem, a seks jest nudny. Ale poza tym był wspaniałym mężczyzną- przyjacielem. Więc ona nie chciała odchodzić, zwłaszcza, ze po swoich przejściach doceniała dobrego mężczyznę. Więc postanowiła się zmienić, skoro jego nie mogła. Zaczęła „dusić” w sobie namiętność, pożądanie, potrzebę bliskości i kochania. Udało się nawet. Przestała czuć. Cokolwiek, do kogokolwiek, nawet do dzieci. Po paru miesiącach zaczęła tracić przytomność itd. szpital, okazało się, że jest chora. Jednym z jego klientów był lekarzem, zagadnął go czemu taki struty chodzi, więc On opowiedział o Jej chorobie, lekarz poprosił do siebie. Poszli, zdiagnozował ją, przekonał do leczenia, przepisał leki i faktycznie pomogło. Odzyskała formę. (Lekarz był psychiatrą). Lekarz podpytywał ją o różne sprawy, żeby dowiedzieć się jaka była przyczyna tych ataków. W końcu pękła. Nigdy o tym nikomu nie mówiła, bo komu(jest sama w obcym mieście) a do tego jak? To było zbyt trudne i intymne. A teraz mogła wygadać to co ją bolało: samotność, odrzucenie, poczucie, ze jest brzydka i nieatrakcyjna (a nie jest, i to bardzo nie jest). Bardzo jej ulżyło. Suma sumarum zaczęła do niego przychodzić jak było jej źle, porozmawiać. Potem pojawił się pewien problem, który próbowali rozwiązać przez smsy, ale to było trudne, więc przeszli na maile. Problem się rozwiązało, ale kontakt pozostał. Pisali do siebie, codziennie, co kilka dni. Ona o tym, co przezywa, o swoich problemach, lękach itd. On jej pomagał, wspierał. Z czasem pojawiła się taka mieszana forma oficjalna i lekko podszyta flirtem. Ale każde znało swoje miejsce. W tym czasie w związku działo się dalej niedobrze, a do tego nagle wybuchły dwie sprawy: on okazał się alkoholikiem, a do tego wpadł w jej komputer, przeczytał maile i wpadł w furię oskarżając ja o romans. Zaczęły się przesłuchania, oskarżenia, kłótnie. Była totalnie wyczerpana. Do tego jego terapia i szok z tym związany. Lekarz postanowił, ze przestanie pisać, żeby nie podsycać jego urojeń, ale to wcale nie pomogło, wręcz przeciwnie teraz to już została sama, bez wsparcia ( i tu pojawił się żal do lekarza). Znajomość się rwała, ale żadne jej nie chciało skończyć.
On wciąż dawał sprzeczne sygnały. Był oficjalny jak lekarz, żeby zaraz potem flirtować, prawić komplementy, nie potrafił ukryć jak bardzo ona mu się podoba, jak jest nią zafascynowany, a potem znów uciekał w formalizm. Ona nie wiedziała o co chodzi. Ona również była pod jego urokiem. Zaczęła lśnić, jak to określiła jej koleżanka z pracy. Choroba odeszła, zaczęła się uśmiechać, lepiej pracować, zaczęła się lepiej czuć jako kobieta. Między nimi nigdy do niczego nie doszło. Nawet nie podawali sobie rąk na powitanie/pożegnanie. Mówili do siebie per Pan/Pani. Wszystko odbywało się w określonych granicach. Lekarz jest w tzw. związku (tzw. bo jest po rozwodzie i utrzymuje studentkę, nie mieszkają razem itd.), ale szanowali, że są w związkach jakiekolwiek by one nie były. Poza tym chyba się „obwąchiwali” na razie.
Dziś po roku. Maili nie ma, smsów też, są spotkania raz, dwa razy na miesiąc. Lekarz deklaruje nadal pomoc, ale stwierdził, że maile nie są potrzebne, ze to był zły pomysł. Zadziwia jego postępowanie. Jego nierówność. W lipcu prawie wyrzucił ja z gabinetu gdzie się spotykali, i zakończył właściwie znajomość, bo był bardzo urażony stwierdzeniem że „jest do dupy lekarzem skoro ją zostawił w trudnej sytuacji”(nie było to jej stwierdzenie zresztą). W sierpniu stwierdził, ze zastanowiał się czy nie zakończyć definitywnie tej znajomości, ale podczas rozmowy wyraźnie miękł i zauroczony prosił o utrzymywanie kontaktu. Wręcz kazał jej obiecać, ze jak tylko się coś będzie działo ma dzwonić, pisać i zawsze może przyjść. Kolejna wizyta, taka jakaś nijaka ,wyglądał jakby się do niej zmuszał, kolejną odwołał. Ona w tym czasie zmagała się ze swoim związkiem, który rozlatywał się. I ona i on czuli do siebie niechęć i żal, nie potrafili ze sobą rozmawiać. Nie spędzali właściwie w ogóle czasu już ze sobą. Minęły już dwa lata bez seksu. Znów przestała się uśmiechać, powróciły objawy choroby. W końcu postanowiła wygarnąć lekarzowi jak właściwie ona się czuje w tym wszystkim, bo do tej pory to ona przepraszała, za to jak został potraktowany. Spotkanie w październiku. Powiedziała mu co myśli o jego zachowaniu, czym był dla niej, czym były te maile, jak pomagały jej przetrwać itd. Popłakała się nawet(o co była zła, ale tak wyszło). Na początku bronił się, ale w końcu zrejterował i zaczęło do niego coś docierać. Na koniec przepraszał ja, wyglądał jak zbity pies. Poprosił żeby zadzwoniła do niego jeszcze kiedyś albo przyszła i jak tam sprawa o podział majątku(ciągle go ta sprawa interesowała, kiedyś mu powiedziała, ze jak dostanie pieniądze, kupi mieszkanie i wtedy podejmie decyzje co zrobi ze swoim życiem i związkiem). Po dwóch tygodniach, jakoś to wszystko sobie „poukładał” i wyszło, ze ona mu nawrzucała i już nie czuł się za bardzo winny. Zaczęli się „szarpać” przez smsy. Jakaś taka niechęć rosła między nimi. A w domu związek się rozpadał. Efekt? Jest koniec roku. Lekarz prawie nie odpowiada na smsy, albo zdawkowo, nadal oferuje pomoc, ale trudno określić czy medyczna czy przyjacielską. Natomiast ona podjęła decyzje o rozstaniu, bo tak dłużej nie można żyć. Zamęcza się oboje ze sobą, a tak może ich przyjaźń uda się uratować zanim się znienawidzą. To bardzo trudna decyzja. Ciężki koniec roku. Jej koleżanka mówi, ze powinna być teraz sama. Przemyśleć, co chce zrobić ze swoim życie, odpowiedzieć sobie na kilka pytań. On również to powinien zrobić. I pan doktor też....bo on chyba nie bardzo wie co zrobić. Chciałby i boi się.....Powiedziała, powiedz mu, ze jesteś sama i zobacz co zrobi. Jak wykorzysta ten fakt, spróbuj z nim, bo może to właśnie ten, a jak nie, to będziesz wiedziała na czym stoisz. Znajdziesz innego albo odnajdziecie drogę do siebie z byłym.
Nie wiem nawet dlaczego pisze. Czy chce usłyszeć radę? Opinię? Czy po prostu wygadać się? Skomplikowane to mi się zrobiło. Mam tylko nadzieję, ze decyzja o rozstaniu jest dobra. Bez względu na pana doktora. I na niego. Na mnie.
To tak w wielkim skrócie....I tak długie wyszło...