saraisa
12.01.12, 01:38
No i tak, nie żebym była sentymentalna, ale jednak jestem. =I
Dwa miesiące mailowania, dwa miesiące oczekiwania na odpowiedź w nadziei, a potem już w pewności, że przeczytam coś miłego, coś, co mnie rozśmieszy, a przynajmniej sprawi przyjemność.
Niby klasyczny przykład „zauroczenia” w kimś wyobrażonym, w kimś, kto nie istnieje, w kimś wirtualnym, ale… dlaczego mimo że wiedziałam, że tak to się może skończyć, znów uwierzyłam w to, że to może być prawda? Że, jak się spotkamy, będzie „braterstwo dusz”, porozumienie, chwytanie w lot dowcipów, zaśmiewanie się do rozpuku itd??
Opatrzyłam go w idealne cechy bez żadnych podstaw ku temu, by rzeczywiście je posiadał. Kuszące pragnienie umysłu – aby spodziewać się najlepszego, gdy nie wiemy, czego spodziewać.
Sądziłam, że będzie dla mnie oparciem, choćby w rozwoju zawodowym, może nawet udzieli kilku wskazówek, bo niby branża podobna. A on okazał się dzieciakiem w skórze dorosłego i do tego wrzuconym w jak najbardziej dorosłą sytuację. Okazał się – choć nie przeczę, że inteligentnym – ale leczącym swoje własne kompleksy za pomocą wyśmiewania i pogrążania tych, co stanęli na jego drodze i okazali odrobinę zaufania – czyli przypadkiem mnie. I cóż miało znaczyć to: „na pewno Ci się nie spodobam” etc? Samospełniające się proroctwo czy naumyślne wywołanie we mnie zaprzeczenia?
Nawet śniła mi się matka, która „dawała przyzwolenie” tej znajomości…
Dlaczego znów dałam się oszukać swojemu pragnącemu miłości umysłowi?