banksia
20.01.12, 14:41
witam i na poczatek zycze wszystkim udanego weekendu.
moze juz byl podobny watek, ale ja tu po raz pierwszy z tematem wyjezdzam;)
otoz, zblizam sie do polowy moich "lat 30", mam dobry zwiazek, prace, ostatnio ustabilizowana pod paroma istotnymi wzgledami sytuacje - no i pojawil sie temat potomka. luzno, w rozmowie. i zaczelam sie zastanawiac.
wiem, ze obiektywnie rzecz biorac, to dobry czas (jeszcze nie super-ostatni dzwonek a wolalabym pozniej nie panikowac, latac po lekarzach itd) i wiem tez ze nie chcialabym sie za, powiedzmy 10 lat obudzic z przyslowiowa reka w nocniku - i zalowac ze sie nie zdecydowalam a teraz to juz po zawodach.
sek w tym ze jak mnie ktos zapyta: chcesz miec dziecko? (w sensie, niemowlaka, wrzasku, cyca, ograniczen) moja, z najglebzej duszy odpowiedz brzmi - NIE.
ngdy nie mialam tego mitycznego "instynktu" i nie lubie malych dzieci.
rozumiem natomiast wielka satysfakcje i frajde z dzeckiem w wieku szkolnym, ktore juz mowi, czyta, dyskutuje, uczy sie mowych rzeczy...
i wiem ze do etapu B trzeba przejsc przez etap A.. ale mam mega wewnetrzny opor.
moj partner chce ale nie cisnie jakos mocno - a ja juz mysle ze wolalabym zeby mnie przekonal, wkrecil, zmusil, robimy i juz;) byloby jakos prosciej
i teraz uff, w koncu, przejde do zagadnienia koncowego.
mianowicie jesli zdecyduje sie na dziecko niedlugo (powiedzmy w tym roku, zreszta niewazne kiedy, nie sadze ze za 5 lat chcialoby mi sie bardziej) to bedzie to decyzja glowy, nie serca. nie przypadku nawet. nie glebokiego pragnienia. po prostu decyzja z rozsadku.
i tu, drogie baby-matki mam do was pytanie: czy ktoras z was tez miala dziecko "z rozsadku"? nie dlatego ze o tym marzylyscie i po prostu "musicie miec", ale kalkulujac ze to najlepszy/najwyzszy czas? ze sytuacja optymalna?
albo moze - dla faceta?
jesli tak -jak poszlo?
byly deprechy, frustracje, zal?
czy tez przeciwnie - hormony zrobily swoje i nastapila wielka przemiana i wszystko blogo i rozkosznie?
a moze udalo sie ten zdrowy rozsadek zachowac i zyc w rownowadze i (mozliwej) kontroli nad wlasnym zyciem? za jaka cene?
nie chce sie rozpisywac dalej bo moglabym jescze dlugo,
zaznaczam to nie prowokacja, tylko dylematy ktore placza sie w mej glowie....