Doświadczenie życiowe.

18.02.12, 15:04
Do założenia wątku sprowokowała mnie kora3, która napisała bardzo osobisty post w innym wątku a post ten zakończyła słowami:
"Chociaz bardzo przeżyłam tamtą sytuację (nieporównywalne to było z rozwodem, który niektórzy okreslają jako megatraumę:)) w sumie uwazam, ze to kolejne doswiadczenie, które mnie czegoś o sobie i innych nauczyło."
Wiem, że tak to się innym tłumaczy, jako kolejne doświadczenie życiowe, "musiałaś przez to przejść", "to jakiś etap i musiałaś go poznać bo dzięki temu bla bla bla" ale jeśli miałabym być szczera wobec siebie to wali mnie taka nauka i takich doświadczeń mieć nie chcę.
Na końcu powinno być jakieś pytanie, c'nie?
Czy porażki i niepowodzenia w życiu tłumaczycie sobie jako nowe doświadczenia, które czegoś Was nauczyło?
    • triismegistos Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:10
      Staram się. Zawsze z resztą było tak, że wszystkie porażki w jakiś sposób przekuwały się w coś dobrego. Najbanalniejszy przykład, zwolnili mnie z pracy, natychmiast znalazłam lepszą. Staram się o tym pamiętać. Jakiś czas temu spotkała mnie pewna tragedia, i od tamtego czasu wszystko jest nie tak, mam pasmo porażek, pechowych zdarzeń i niepowodzeń. Czekam, aż wszystko się znowu odkręci.
    • kitek_maly Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:19
      Hmm wiadomo, że jak bardzo nieprzyjemnie to się tego nie chce przeżywać i w dupie się ma takie gadki o karmie i innych takich. Ale jak minie trochę czasu, nabierze się dystansu, to te negatywne odczucia powinny zamienić się w obojętność. Chyba, że mowa o sytuacjach typu śmierć kogoś bliskiego - tego nie da się w żadne sposób wytłumaczyć.

      Tak jak każdy mam za sobą parę nieciekawych wspomnień, głupich decyzji, zmarnowanych szans... Do części przyłożyłam są zgrabną rączkę a część dostałam w prezencie. ;) Ale jak jestem na etapie szczęścia życiowego, to raz że o tym w ogóle nie myślę, dwa - gdyby nie to wszystko nie byłoby mnie w tym momencie, tu i teraz i to szczęście mogłoby mnie ominąć.
      • grzeczna_dziewczynka15 Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 18:55
        A ja nie uważam, że jakiś etap życia był zmarnowany. Nawet jeśli teoretycznie był, bo np. przez pół roku nie pracowałam za dużo, jak wzięłam dziekankę, to się relaksowałam, wyplątywałam z toksycznych relacji. To wszystko ma swój sens. Jednocześnie też nie ma go w ogóle obiektywnie;) Tylko same możemy nadać życiu sens.
    • berta-death Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:26
      Każdy sobie tłumaczy jak potrafi. Jedni wolą bożą, inni karmą, inni umacniającym doświadczeniem życiowym a inni pewnie czymś jeszcze. Inaczej człowiek by zwariował jakby wszedł w myślenie, że cały świat się sprzysiągł przeciwko niemu, że biednemu to zawsze wiatr w oczy, itp. Ludzie lubią doszukiwać się w swoim życiu jakiegoś sensu i tego, że wszystko jednak jemu sprzyja a nie komuś innemu. To im daje poczucie bycia kimś ważnym.
      • kitek_maly Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:34
        Inaczej człowiek by zwar
        > iował jakby wszedł w myślenie, że cały świat się sprzysiągł przeciwko niemu, że
        > biednemu to zawsze wiatr w oczy

        Znałam takiego. :/
        Przebywanie z nim to była czysta przyjemność, brrrr.
      • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:37
        Tak, tak tylko, że niektórzy mówią np. że to była ważna lekcja w życiu i że dzięki temu czegoś się nauczyli i takie tam. Zawsze zadaje sobie wtedy pytanie na cholerę mi taka nauka?
        • kora3 Jest takie powiedzenie "Co cię nie zabije, to Cię 18.02.12, 16:33
          wzmocni" i wierz mi, coś w tym jest :) Po cholere ci taka nauka? Np. po to by nabrać dystansu i nie traktowac duperelnych problemów, jako tragedii:) A i do powaznych mieć stosunek normalniejszy, bez paniki.

          Ja naprawde czas jakiś po tym doswiadczenoiu, które oceniam jako emocjonalnie najbardziej dołujące w mym zyciu, jakoś tak okrzepłam. Wczesniej byłam bardziej panikarą, mysle, ze to zbiegło się tez z wiekiem, po prostu dojrzałam i stałam się na serio dorosła. :)

          Nie sądze, zebym kiedyś umiała być z człowiekiem, który wykonuje tak niebezpieczny zawod, jak mój facet. Po prostu bym się spaliła z nerwów. Kiedy mój ekspartner jeżdził do mnie do mojego rodzinnego miasta stąd i wracał czasem po noicy, nie spalam do 4 rano, aż zadzwonił, ze doejchał np., bo nie umiałam z nerwów. Teraz tak nie mam. Mój facet czasem gdzieś jedzie daleko samochodem, a czesciej jeszcze robi coś bardziej niebezpiecznego i spie zdrowo. Bo już się przyzwyczaiłam do tego. Nie mam na to wpływu i już.

          raz miałam taką sytuację: mój facet, ja i takze eks mieliśmy isc na imprezę do znajomych. On miał wrócić z pracy o normalnej godzinie. Okazało się, ze jest jakaś akcja i musi być. Ok - poczekamy. Miało być góra godzina. Po 1,5 dostałąm tela od kolegi: coś się stało, nie wrócili. Mój eks dostał trzepaczki w stylu "Łomatkoboska, wszyscyswieci, cholerajasna". Łaził nerwowo po pokoju, strzlał palcami itd. Mowie mu zeby siadał i uspokił się, bo to nic nie da. Nie wiermy co sie stało, ale brak wiadomosci o tym, ze tragedia to raczej dobra wiadomosc. Nie mógł zrozumieć mej postawy. Ze tak spokojnie siedze :) A sprawa jest prosta - ja już w takich sytuacjach byłam po prostu i z doswiadczenia wiem, ze panika to najgorsze co mogę robić.
          Po nastepnej godzinie mój facet zadzwonił, ze mieli awarię, wracają samochodem i dopiero tu ma zasieg. Powiedział, ze szybko sie zawinie, zeby na te urodziny zdązyć:) Mój eks był tak wykamany emocjonalnie, że z trudem doszedł do siebie. Po prostu nie miał takiego doswiadczenia wczesniej.
          • berta-death Re: Jest takie powiedzenie "Co cię nie zabije, to 18.02.12, 17:13
            Dystans do zdarzeń, podobnie jak i umiejętność odróżniania rzeczy błahych od ważnych, to zupełnie co innego, niż rzekome wzmocnienie się po traumatycznych przeżyciach.

            Człowiek to takie zwierze, że musi mieć jakieś życiowe podniety, które zapobiegają zgnuśnieniu. I takimi podnietami zwiększającymi poziom adrenaliny i kortyzolu są te rzeczy, które najmocniej w danym momencie dezorganizują przewidywalność sytuacji i święty spokój. Na mniejsze się nie zwraca uwagi. I w związku z tym jak ktoś prowadzi sielankowe życie, to największym jego problemem doprowadzającym go do szału, nerwicy i paru innych ciekawych rzeczy jest podniesiona deska klozetowa, przekrzywiona wycieraczka czy brak ulubionych czipsów w sklepie. Natomiast dla kogoś kto doświadcza jakiś poważniejszych dramatów w postaci śmierci, choroby, wypadku, bankructwa itp, to ta deska czy wycieraczka przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.

            Dlatego taka Natascha Kampusch przestała się moczyć w nocy jak trafiła do piwnicy porywacza. Wtedy dotychczasowe problemy, które powodowały, że żyła w stresie straciły na znaczeniu. A jak tak, to i wszelka psychosomatyczna wizualizacja tych problemów też się skończyła.
            W podobnym tonie wypowiadała się w jakimś wywiadzie Żydówka, która przeżyła wojnę. Dla niej też abstrakcją były codzienne problemy jej dzieci, które urastały do rangi końca świata a przecież nikt nie umarł, nic się nie stało. Nawet jak samochód im ukradli to przecież to też nie tragedia, można sobie kupić nowy, można chodzić piechotą.

            Na tej samej zasadzie rodziny wielodzietne są bardziej zrelaksowane niż takie z jednym dzieckiem. W wywiadach z takimi osobami często pojawia się stwierdzenie, że każde nowe dziecko uczy dystansu do świata. Bo człowiek nie jest w stanie przejmować się każdą pierdółką jaka jest związana z każdym dzieckiem. Koncentruje się tylko na tych najpoważniejszych sprawach. I już nikt nie robi scen z powodu, że Jasio dostał pałę, którą może poprawić albo, że Kazio wybił sąsiadowi szybę, którą może mu odkupić z kieszonkowego. Bo w tym samym dniu, to co najmniej jednemu z reszty domowników przytrafiło się coś o niebo poważniejszego a nawet jak nie, to wszyscy sie cieszą, że dzisiaj jest wyjątkowy spokój i można się zrelaksować przed tv.
            • kora3 Troszkę sama sobie zaprzeczasz Berto 18.02.12, 17:40
              bo z jednej strony mówisz, ze jesli nie ma powaznych problemów duperele mają znaczenie, a z drugiej - że np. kazde nowe dziecko rodziców to wiekszy luz.

              To nie jest takie proste przełozenie Berto. Czsem, gdy człowiek nie ma humoru z powodu relatywnie waznej dlań sprawy, potrafią go rozdraznić błahostki, które normalnie go nie wqrzają nawet :) I potrafią ludzie z takiej błahostki zrobić hallo, tak naprawde mając na teraz znacznie wiekszy problem. Wynika to z tego, ze np. z błąhostką mogą choćby przez chiwlę powalczyć, a z prawdziwym problemem - nie. Ot taki "temat zastepczy".

              Żedby mieć dystans do spraw mało waznych i wazniejszych nie trzeba stale mieć jakiejś traumy. Czzsem wystarczy ją przrezyć, by nieco przewartosciować swe życie. A czasem wystarczy zobaczyć, jak zyją inni, by pojąc, ze tak naprawde nasz problem jest błahy, rozwiazywalny, a sytuyacja nie beznadziejna. Dziś tak przypadkiem "podleczyłam" kolegę, skądinąd bardzo miłego. Jest młody, zdrowy,m wykształcony, zonaty dwojgadzieciaty i zmartwoiony. Bo mieszkanie małe, bo nie zarabia, jak chciałby, bo ...Zobaczył w jakich warunkach zyje owdowiały ojciec z córką z porazeniem mózgowym. Brak wody w domu, źródłą ogrzewania, łazienki i WC. Patrzyłam na tego człowieka, znacznie ode mnie młodszego, widziałam łzy w jego oczach. Zewbrał się, wpadł na niezły pomysł konkretnego działania. Po tej wizycie poszliśmy na kawe - powiedział mi: Qrde, a ja tak narzekałem na to moje mieszkanie, na zarobki. A przecież ja jestem zdrowy, moja zona zyje i też jest zdrowa, nasze dzieci sa zdrowe. Wszyscy mamy ciepło, normalne warunki, tylko z 10 m. kwadratowych by się przydało i z 1000 złotych wiecej, zeby coś odłozyć wiecej i jakieś szaleństwo czasem. Przecież my jeszcze mozemy mieć duze mieszkanie, wiecej kasy - aby tylko zdrowie dopisało. Głupi byłem, ze tak narzekałem i wstyd mi :(

              Ciepło mi sie zrobiło na sercu:) Kolega zahaczył o kwiaciarnię, kupił żonie mały bukiecik bez okazji i zadzwonił, że moze by do kina poszli dzis. Zapytała o co chodzi:) "Szczesliwi jesteśmy" stwierdził :) I tak jest - tylko czesto sobie nie zdajemy sprawy z naszego wspaniałego połozenia, zanim nie popatrzymy na los innych ...

              Jak byłam b. młoda złamałam sobie obie nogi. To przekresliło moje szanse na kariere ztancerki, którą miałam ponoc szanse być. Choć poskłądano mi nogi bardzo dobrze i normalnie zyjąc nie odczuwałam i nie odczuwam skutków złamania, byłam zdołowana sytuacją. Do czasu, jak poznałam chłopaka bez rąk na obozie, gdzie byłam wolontariuszką. Qrde, ja mam obie nogi, sprawne, mogę biegać, tańczyć, tylko nie bede pierwsza na turnieju. A ten chłopak nie ma rąk - to mi uswiadomiło, ze glupia byłam jak but :)
        • kochanic.a.francuza Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 15:02
          "Zawsze zadaje sobie wtedy pytanie na cholerę mi taka nauka?"

          Zeby pokory nabrac. Tego akurat Ci brakuje. Nie chce byc niemila, ale mysle, ze duzo ci wieje i bedzie wialo w oczy. To nawet z tego watku wynika.
    • wersja_robocza Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:26
      Co z tego że nie chcesz. Chyba nikt nie chce, a i tak wszystkich dotykają nieprzyjemne historie. I lepiej po początkowej histerii czy rozpaczy lepiej potraktować to jako lekcję i doświadczenie. Coś co nas, chcemy czy nie, buduje. A to jak nas zbuduje zależy od nas samych.
      Taka moja filozofia.:cool:
      • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:40
        I o tym piszę, że w ten sposób na pewno tłumaczyłabym innym ale ale nie sobie bo to byłoby nieszczere wobec mnie samej.
        • wersja_robocza Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:47
          A jak sobie dawałaś radę z nieszczęściami czy nieprzyjemnymi doświadczeniami? Jak sobie tłumaczyłaś? Jak przez to przechodziłaś?
          • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:50
            Nie wiem co to znaczy "prawdziwe nieszczęście". Jak przechodziłam coś takiego w 2010 to mi tłumaczono, że tak ma być i że się dobrze stało i że to pokazuje coś tam i że mnie to nauczy czegoś tam i takie różne pie...lgie i blablanie. A tak naprawdę to nadal twierdzę, że absolutnie nie byłoby mi to do niczego potrzebne i ta nauka o niczego mi nie jest potrzebna i świetnie mi się żyło bez tej wiedzy.
            • wersja_robocza Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:52
              A czemu nie jesteś konsekwentna i innym nie mówisz tego samego? Tylko opowiadasz im bajki o nauce, w które sama nie wierzysz?;)
              • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:53
                Bo jestem hipokrytką?:)
                • wersja_robocza Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:01
                  Może.
                  Moim zdaniem to Twoja obrona, innych chcesz pocieszać, a sama siebie może nie dodatkowo ukarać czy pogrążyć, tylko wyrażasz w ten sposób niezgodę na to co Cię spotyka. To tylko takie moje wróżenie z fusów.;)
                  Nie chcę wcale powiedzieć, że inna postawa to zgoda na nieszczęścia. Wyjaśnienie sobie, ze coś nas czegoś nauczyło to raczej próba pogodzenia się z rzeczywistością, by jak najszybciej wrócić na właściwe życiowe tory. U mnie to działa. I dzięki temu wydaje mi się, że impregnuje przed zgorzknieniem, ba pozwala zachować pogodę ducha.;) To był cd mojej filozofii.:cool:
                  • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 17:31
                    Tak, po prostu się na to nie zgadzam masz rację.
    • gaviota44 Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:29
      Nie,dla mnie to kolejne walniecie w leb,bez sensu,bez zaslugi i bez nauki na przyszlosc.Tak sie w zyciu plecie,ze raz jest fajnie i dotykamy nieba,a za jakis czas dzieje sie cos,co sprawia,ze czujemy sie taaacy malutcy,niewazni i w zapedzeni w kozi rog.Takie jest,k...a.zycie.
      • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:41
        Właśnie. I ja chcę dotykać nieba i pieprzę inne nauki.
        • kochanic.a.francuza Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 15:10
          ursyda napisała:

          > Właśnie. I ja chcę dotykać nieba i pieprzę inne nauki.

          No to mentalnie jestes ciagle w liceum.
          • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 15:52
            W którym ty nigdy nie byłaś.
            • kochanic.a.francuza Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 16:30
              Rzeczywiscie, nawet w liceum, mimo wielu marzen, nie uwazalam, ze wszystko mi sie nalezy i nigdy nic zlego mi sie nie przytrafi.
              No jedno chodza po ziemi, inni fruwaja cale zycie. Brak pokory.
    • kora3 Ale ze mnie inspiratorka :) nono 18.02.12, 15:31
      Ursydo - ja akurat nikomu nie tłumacze w ten sposób, bo są doswiadczenia, które są i naprawde niczego nie uczą. Są też takie, które uczyć powinny i nie ucza, co widać choćby po luydziach popełniajacych ciągle te same błedy.

      Wcale nie jest tak, że cieszę sie z kazdego niemiłego doswiadczenia, jakie mam w życiu powtarzając sobie : no teraz tom już mądra. :) Wielu rzeczy (np. tego o czym napisałam tak prywatnie) wolałabym nie przezyć nigdy. Ale z drugiej strony wiem, że nie da się przezyc zycia bez złych doswiadczeń, wiec skoro już są, nalezy z nich wyciągać wnioski. Głownie po to, by w przyszłosci nie popełniać tych samych błędów. To wcale nie uchroni przed popełnieniem innych błędów rzecz jasna, ale jesli ktoś wyciąga z tego naukę, pozwala nie powielać wcią ztych samych.

      Dzięki temu b. traumatycznemu dla mnie wydarzeniu nauczyłam sie wielu rzeczy o sobie i innych. M.in. tego, ze powinnam ufać swej intuicji, że nie powinnam nigdy uzalezniać się od kogoś emocjonalnie tak bardzo, ani tak ufać, ze nawet jesli ktoś wydaje się moim niemal bliźniakiem astronomicznym moze mnie zawiesc, że powinnam poswiecać kochanej osobie wiecej czasu nawet mając np. nową prace i wiele obowiazków i jeszcze wielu, wielu innych:)
      I to nie było tak, ze budziłam się dzień w dzień z kolejną, nową, odkrywczą mysla na ten temat. To sie działo raczej z czasem, nabierałam dystansu do sprawy, do siebie itd.
      • hermina5 Re: Ale ze mnie inspiratorka :) nono 18.02.12, 15:34
        Przepraszam, ale jaki Twój post pocżatkuje ten wątek , bo nie bardzo wiem, jaki jest punkt odniesienia?
        • kora3 Myslę, ze ten siostro :) 18.02.12, 15:45
          forum.gazeta.pl/forum/w,16,133459482,133463672,Wiesz_co_Amando_.html
          • ursyda Re: Myslę, ze ten siostro :) 18.02.12, 15:47
            No, ten. Zasmucił mnie.
            • kora3 Dlaczego Ursydo? 18.02.12, 15:56
              Serio pytam ...Mnie to już nie smuci od dawna :) Było, minęło - gdyby to sie nie stało, nie poznałabym pewnie mojego obecnego faceta, a jasli to tylko jako znajomego i nie przezyłabym wielu pięknych dni i nocy w moim życiu:)

              JEsli ja czegoś załuję z tamtej sytuacji, to owszem - tego, ze straciłam pewien czas i energię na to, zeby sie przekonać, ze jednak nie umiem zdrady wybaczyć, choć to przekonanie było we mnie od zawsze:) Po prostyu z miłosci chciałam oszukać swą własną naturę, a to nigdy nie wychodzi. Ale też było, mineło i czesc:) No nie powód do smutku, bo życie idzie naprzód i z minionych wydarzeń, jak napisałam - tzra wyciągać wnioski, ale zyc nimi naprawde nie warto, tyle nowych czeka :)
              • ursyda Re: Dlaczego Ursydo? 18.02.12, 17:28
                Tak to opisałaś jakoś. Smutne jest to, że wszyscy wiedzieli tylko ty nie, potrafię sobie wyobrazić jak czułaś się upokorzona. Wiem jaką czułabym wściekłość gdyby mi nikt nie powiedział.
                • kora3 aaaa o to :) 18.02.12, 17:53
                  No tak ... powiem Ci, ze z tymi osobami nadal mam kontakt, ale sporadyczny wynikający raczej z tego, ze znamy sie z branzy. Do jednej z tych osób nie miałam żadnego zalu. Paradoskalnie była to/jest osoba, z którą wówczas miałam najmniejszy z nich wszystkich kontakt. To byłą przyjaciółka mojego eksa.
                  Żadna tam "przyjaciółka" tylko na serio. Kobitka z którą znali się b. długo, zwierzali sobie itd. Wiedziałam o niej od zawsze, takze w czasie gduy jeszcze nie bylismy parą tylko znajomymi. Poznałam ją, w zasadzie sympatyczna, ale inna ode mnie, blizszej wiezi nie było i zadna jej nie udawała. Rozumiem ją - ja bym przyjacoela też nie zadenuncjowala:) i ona przynajmniej nie udawała wielkiej kumpeli ze mną. Ta reszta, a jakze :) A pomiedzy sobą plotkoiwali ile wlezie :) z wyjątkiem tej przyjaciółki eksa, która notabene z tą panią z którą mnie ciął w rogi też zadną bliską kolezanką nigdy nie była.

                  To smutne, ze ludzie tacy są, ale to też uczy :)
          • hermina5 Re: Myslę, ze ten siostro :) 18.02.12, 15:57
            Oj, smutne. To ja raczej nie będę się wypowiadać, choć mam takie 3 mocne rzeczy, po których chyba nie pozbierałam sie do tej pory. I nie związałam się z nikim po. Z wyboru. Po prostu chciałm miec święty spokój emocjonalany, nawet za koszt emocjonalnej nudy - za duzo wczesniej było fajerwerków. Mam znajomych, przyjaciół, mam co robić, ale jakoś mnie nie ciągnie do płci przeciwnej. Myslę, że człowiek powinien coś wyciagać z takich rzeczy - ja postanowiłam być dla siebie dobra i DBAĆ Głownie o siebie. To ma jakiś sens.
            • kora3 Hermi:) 18.02.12, 16:13
              Jak pisze do Ursydy, no było smutne :) ale już nie jest - kupa czasu mineła:) Mój eksfacet z którym dosc zcesto się widzimy czasem próbuje wracac do tego, mowie mu : po co? Zabił się kto z tego powodu? Umarł? Życie sobie zmarnował? No nie - no to po co to wałkować? Mysle wszelako, ze on tego chyba nie "przedyskutował" jeszcze sam z sobą i stąd ta ciągłą analiza tamtej, dawno przebrzmiałej sytuacji.

              Smutne powiadasz ... a tak było:). Byłam tu sama, miałam raptem 2 znajome (nawet nie bliskie wtedy kolezanki) takie blizsze i 2 kolegów. Byąłm w obcym miescie, wiekzosc lufdzi, których znałam to byli ci, którzy wiedzieli, ze mam rogi i nic mi nie powiedzieli. Gosc, którego kochałam zdradził mnie z kobitą obiektywnie mało atrakcyjną (nie jestem złosliwa, tak jest), która w dodatku jak się próbiwał wymiksować z tego układu z nią, rzuciłą się na mnie, choć nic z tym wspólnego nie miałam:) Niewesoła sytuacja - przyznasz.

              Ale jak teraz patrze na nią - no samoocena mi spadła na czas jakiś, kobita mnie meczyła, ale miałam prace, dach nad głową (eks mnie nie wyrzucał z naszego lokum zajmowanego razem, ba mieszkaliśmy w nim jeszcze po koleżeńsku czas jakiś, dosc długi relatywnie), nie brakowało mi pieniędzy itd. Moja znajoma właśnie rozwodzi sie z mezem. Mieszkanie jest jego - majątek sprzed slubu. Zarabia dziewczyna grosze. Maz codziennie robi jej awantury, zeby sie wyniosła, bo chce zamieszkać z nową panią, która spodziewa sie jego dziecka. Jak pomysle o jej sytuacji - to tamta wydaje mi się dosc komfortowa...
              • hermina5 Re: Hermi:) 18.02.12, 16:26
                >Maz codziennie robi jej awantury, zeby sie wyniosła, bo chce zamies
                > zkać z nową panią, która spodziewa sie jego dziecka.

                Tak sobie myślę, że Twoja znajoma właśnie powinna zastosować tę zasadę " być dla siebie dobrą" czyli nie ułatwić mu za bardzo tego rozstania, zabierając grzecznie manatki. A co do majtku - no cóż, jeśli nie podpisali intercyzy to wszystko wcale nie jest takie oczywiste, jak jemu się wydaje.
                • kora3 Re: Hermi:) 18.02.12, 16:43
                  Wiesz, ja wychodze z załozenia, ze nalezy walczyć o swoje. Ale też nie kosztem zaorania się na smierc emocjonalnie. Intercyzy nie musi być - majątek nabyty przed slubem (np. mieszkanie) stanowi majątek odrebny nabywcy, w tym prziypadku jej meza. Intercyza nie ma tu nic do rzeczy. Zresztą - rozmawiała już z prawnikiem i sprawa jest jasna- mieszkanie jest jego i tylko jego. Jego wyposazenie w zasadzie też, bo byli małzeństwem trzy lata raptem i w tym czasie z nowosci w domu pojawił się telewizor nowy i chyba zmywarka. Pozostałe zreczy kupił on przed slubem, na co pewnie ma kwity.

                  Dziewczyna nie ma zamiaru roscic sobie prawa do jego rzerzy, czy mieszkania, rzecz w tym, ze on zazdał wyniesienia sie z dnia na dzień, a tu niełatwo wynając mieszkanie w tym tempie i jeszcze takie, zeby jej pasowało cenowo i standardem. W zasadzie ona tam mało co przebywa, nocuje po znajomych, ale i tak formalnie tam jest, są tam jej rzeczy. Jasne, moze mu utrudniać, ale jakim kosztem dla swych emocji Hermi? Warto?
                  • hermina5 Re: Hermi:) 18.02.12, 16:47
                    Jak to tylko 3 lata to na pewno nie warto. Tylko po co im ten ślub był, skoro po 3 latach rozwód?
                    A jeśli rozwód jest w toku, to nie ma w ogóle o czym mówić, on moze sobie zadać i wrzeszczeć, ona powinna postawić sprawę wprost - do orzeczenia rozwodu mieszkam tutaj, bo nie jestem stołkiem , ktory mozna sobie wystawić z życia z dnia na dzień. I to nawet prawnie jest nie do przeskoczenia.
                    • kora3 Re: Hermi:) 18.02.12, 17:02
                      Wiesz, masz rację, tylko czy warto z kimś walczyć dla samej walki jednoczesnie wyniszczajac w tej "wojnie" siebie? Moim zdaniem - nie. Najlepiej byłoby, gdyby się wyniosła, nie dla niego, a dla niej. Kwestia podziału majątku i tak rozwiazuje się po rozwodzie dopiero. I nie patrrze na to w kategoriach ułatwiania mu czegos, a nie katowania jej w tym momencie. Ona ma zresztą podobne podejscie ...

                      Po co był im slub, skoro rozwód po 3 latach? No po to samo pewnie, po co mnie było wyjezdzanie po prawie roku bycia razem dojazdowo do miasta mego ekspartnera i zaczynanie tu z nim zycia, by po nieco ponad roku się rozstawać:) OPewnych rzeczy nie przewidzisz (ja nie miałam żadnych sygnałow swiadczacych o tym, jak sie sprawa skończy przed przyjazdem tu, a takze dosc długo relkatywnie - po).

                      Znajoma jest duzo młodsza ode mnie. JAk ją poznałam była już mezatką. Z tego co wiem z mezem "chodzili" ponad rok zanim się pobrali. Uwazam, ze choć jewj sytuacja jest nie do pozazdroszczenia, nie jest jeszcze najgorsza z mozliwych. Straciła na goscia co prawda ponad 4 lata zycia, ale mogłą stracić nawet 4x tyle. JEst zdrowa, młoda, nie ma z nim dzieci, pracuje. Ma przyjaciół, chetnych jej pomóc. W zasadzie jak okrzepnie to zrozumie, ze dobrze się stało, iż z kimś tak postepującym rozstała się po 4 latach bycia razem, a nie np. dopiero po 20:)
            • nelamela Re: Myslę, ze ten siostro :) 18.02.12, 16:44
              Ja tez tak mam.Choc to smutne tez postanowilam zadbac glownie o sama siebie.Bo po co sie pakowac w cos co na poczatku wydaje nam sie czyms niesamowitym a konczy jak zwykle w banalny sposob...I po raz kolejny przezywac dlaczego spotkalo to znowu mnie...I zastanawiac sie gdzie popelnilismy blad,choc tak naprawde wina lezy ewidentnie po drugiej stronie...Pozdrawiam.
              • kora3 eeeee no bez przesady :) 18.02.12, 17:09
                jesli o tamto rozstanie chodzi, czesc winy lezała po mojej stronie. I pisze to z pełną swiadomoscia, bynajmniej nie winiąc się teraz, bo i po co:) Romans mijego ekspartnera to było pokłosie tego, ze b. sie od siebie oddalilismy, w czym byłą spora czesc winy po mej stronie.
                I jakkolwiek mogę powiedzieć z czystym sumieniem, ze za rozpad mojego małzeńśtwa nie odpowiadam nawet w połowie proc. to za rozpad tamtego zwiqazku tak.

                To nie usprawiedliwia zdrady - na pewno. Natomiast jest faktem i wyciągnełam z niego naukę:)
                A dlaczego miałabym nie wejsc już w inny zwiazek? Przecież nie zawsze jest tak samo. Moje wczesniejsze zwiazku z facetami i eksmezem nie zakończyły sie z powodu zdrad z ich strony. Kończyłam je ja :) Dlaczego miałąbym zakłądać, ze już zawsze bedzie, jak w tym jednym przupadku?
      • gaviota44 Re: Ale ze mnie inspiratorka :) nono 18.02.12, 15:37
        I myslisz,ze te wszystkie rzeczy,ktorych sie nauczylas czynia cie lepsza?Mniej ufasz,jestes bardziej ostrozna,nieufna..Co w tym jest pozytywnego?
        • kora3 nie czynią mnie lepszą :) 18.02.12, 15:48
          Czynią lepszym me podejscie do życia :) Tak uwazam. A skąd pomysł, ze jestem nieufna? Toż w poście który cytuje (no nie cały - przyznaję:)) Ursyda napisałam wyraźnie, ze nie przenoszę doswiadczenia z poprzedniego zwiazku na ten i nie zakładam a priori ze mój facet mnie zdradza. Nie sprawdzam mu niczego też:) Nie mam powodów mu nie ufać, bo przez 5 lat zwiazku nie dał mi tychze. A tamto doswiadczenie nauczyło mnie np. nie lekceważyć sygnałow. Wiec gdybym je teraz dostrzegła, to zachowałabym się inaczej niż kiedyś - proste :)
      • ursyda Re: Ale ze mnie inspiratorka :) nono 18.02.12, 15:45
        Koro- absolutnie nie napisałam (ani nie pomyślałam) tego z czego Ty się tłumaczysz. Byłaś inspiratorką owszem, ale nie miałam na myśli tego, ze dostajesz w łeb i cieszysz się bo się nauczyłaś, ze jak dostajesz to masz guza. I tak osiemnaście razy w ciągu roku:)
        Zagadnienie mnie już dawno nurtowało - Ty mi tylko o nim w swoim poście przypomniałaś:)
        • kora3 Ale spokojnie Ursydo !:) 18.02.12, 15:52
          Ja też wcale nie odebrałam tego inaczej, niź jak sądze chciałaś napisać (powiedzieć) i wcale mnie nie uraziło to, ze mó post cię zainspoirował do poruszenia tematu w szerszym aspekcie. Uwazam poniekad, ze to temat ciekawy, wart dyskusji. Tak, ze spokojnie - naprawde nic mnie nie uraziło:)
          • ursyda Re: Ale spokojnie Ursydo !:) 18.02.12, 15:54
            To dobrze, bo myślałam, że zrozumiałaś, ze coś Ci zarzucam.
            • kora3 Re: Ale spokojnie Ursydo !:) 18.02.12, 16:03
              eeee gdzież tam :) Zrozumiałam to raczej tak, że masz dylemat, czy faltycznie warto tak podchodzić do złych doswiadczeń, czy też nalezy prosto sobie powiedzieć, ze lepiej byłoby, gdyby ich nie było.

              Pewnie lepiej byłoby gdyby ich nie było, ale warunek jest taki, ze byłoby, gdyby nie zaistniały nigdy. Bo przecież duzo gorzej byłoby dla mnie, gdyby to doswiadczenie spotkało mnie nie po 2 latach zwiazku z tym człowiekiem, a po 15 np. Byłoby gorzej gdybym za niego wyszła, jak chciał, bo musiałabym sie znów rozwodzić, jeszcze gorzej - gdybym miała z nim dziecko (teoretycznie, bo noie chciałam nigdy mieć) itd.
              tak poniosłam jakąs strate emocjonalną, ale jesli już tak "liczyć" to po minimalnych "kosztach" :)

              A ze złymi doswiadczeniami to jest tak: nie da się ich uniknąc, jesli nie to, to inne - i ja to piszę, urodzona optymistka :) - no, ale tak jest - nie przezyjesz zycia normalnie nie majac zadnych niefajnych doswiadczeń.
              • nelamela Re: Ale spokojnie Ursydo !:) 19.02.12, 08:53
                Koro madra z Ciebie babka.Ciesze sie ze w taki sposob myslisz i tak interpretujesz wydarzenia ktore Cie spotkaly.Ja niestety jeszcze tego nie potrafie ale caly czas sie ucze.|Pozdrawiam.
                • kora3 Nelu ... 19.02.12, 13:06
                  Dzięki, ale naprawde żaden to wyczyn - ot zwyczajnie człowiek dojrzewa. Powiem ci, że jakkolwiek w naszej kulturze człowiek zyskuje pełnoletnosc w okolicach 18 -stki, to z reguły jest to mentalnie małe dziecko. Ja mogę o sobie powiedzieć, że stałąm się dojrzałym emocjonalnie człowiekiem w wieku jakiś 34-35 lat. Miałam już za sobą rozwód po trudnym małzeństweie, ale niebolesny dla mnie i właśnie owo bolesne rozstanie z ekspartnerem, dosc powazną, a raczej uciazliwą chorobę, przeprowadzkę "z całym zyciem" do dosc odległego miasta od mojego itd. To wszystko działo się, gdy jeszcze nie byłąm dojrzała:). Jak pisze Yoko ponizej - tearz mam lepiej poukładane w głowie niż X lat temu:) - co nie znaczy, ze pozjadałam wszystkie rozumy, bynajmniej :)
    • stephanie.plum Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:37
      coś w tym jest.
      każdy na swój użytek może przeprowadzić pewien rachunek zysków i strat.

      kiedy byłam mała, przebyłam choróbsko, którego skutki po dziś dzień uprzykrzają mi życie.
      muszę się z pewnymi rzeczami zmagać.
      wpadam w dołki. grzęznę w beznadziei, potem próbuję z niej wyleźć.
      nie znoszę tego!

      ale
      dzięki temu łatwo mi zrozumieć innych, którzy cierpią i zmagają się ze sobą.
      dzięki temu mogłam się przekonać, jak bardzo najbliższy mi człowiek jest empatyczny, jak bardzo wrażliwy, i że murem stoi po mojej stronie, nawet wtedy, kiedy ja w siebie ostro powątpiewam.
      a to jest bezcenne.
      • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:46
        I myślisz, ze bez tego doświadczenia byłabyś pozbawiona empatii?
        • stephanie.plum Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:51
          ono jest ze mną tak zrośnięte, że nie znam siebie bez tego.

          ale podejrzewam, że owszem, mogłabym być tak sobą zachwycona, że nie starczyłoby miejsca na empatię...
          • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:55
            Jakoś mi się nie wydaje, ale nawet jeśli by tak było to...?
            • stephanie.plum Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:03
              nie uważam, że moje życie się potoczyło - i toczy - w sposób najlepszy z możliwych.

              ale wiesz, może to jest tak jak z tym lisem, jak nie mógł dosięgnąć do winogron, to sobie wytłumaczył, że są paskudne?
              a ja tutaj sobie tłumaczę, że gdybym trochę po uszach nie dostała, byłabym koldbiczą
              :~)
    • thelma.333 Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:39
      moim zdaniem to zalezy od tego, jakie to nieprzyjemne doswiadczenie i czy faktycznie da sie z niego wykrzesac cos pozytywnego;
      jak zwolnia z pracy a znajdzie sie inna, lepsza, to nie jest to de facto nieprzyjemne doswiadczenie, tylko bardzo pozytywne;
      ale jak sie zachoruje na raka, to nie widze niestety zadnej mozliwosci zeby przekuc to na cos pozytywnego;
      • wersja_robocza Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:51
        thelma.333 napisała:

        > ale jak sie zachoruje na raka, to nie widze niestety zadnej mozliwosci zeby prz
        > ekuc to na cos pozytywnego;

        Pewnie się nie da. Trudno mi sobie wyobrazić taką sytuację, kiedy ma się świadomość, że się odchodzi...



        A propos... fajny film. Wart obejrzenia.


      • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:52
        A jak cię nie zwolnią z pracy to nie wiesz, że czeka lepsza więc to też żadne przykład jak dla mnie.
        A doświadczenie zwolnienia z pracy pewnie do najprzyjemniejszych nie należą, więc czego uczą?
        • thelma.333 Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:02
          jak dla mnie ucza przede wszystkim tego, zeby do tego momentu nie dopuscic i samemu sie ewakuowac w pore, tak, zeby miec nagrana inna prace; wiec jak dla mnie ucza zaradnosci zyciowej i to bardzo; nie czeka sie do ostatniego momentu;

          dla mnie praca nie jest sprawa osobista; jak mnie zwalniaja, to znaczy ze bylam niewystarczajaco dobra; zatem powinnam albo doszlifowac obecne umiejetnosci albo zdobyc nowe; proste; zwykly popyt i podaz; nie widze tu niczego co mogloby mnie osobiscie dotknac;
          no a jak sie dostanie lepsza prace potem, tak jak kolezanka wyzej pisala, to juz w ogole bardzo pozytywne doswiadczenie;
        • wersja_robocza Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:02
          Czarne wyszczupla i chroni oczy przed słońcem, ale na życie czarnowidztwo to trochę przygniatające.:cool:
    • samuela_vimes Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:40
      zupełnie nie. Nie wracam do tego co było, nie analizuję tego. Problemy są po to, aby je przezwyciężać. Porażki po to, aby o nich zapomnieć. Dzięki temu żyje mi się lekko i przyjemnie.
      Co do niepowodzeń uważam, że niczego mnie nie nauczyły, chyba że sama coś spieprzyłam, to wtedy wyciągałam wnioski.
      • samuela_vimes Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 15:57
        a sorry po przemyśleniu stwierdzam, że może jednak czegoś nauczyły....dupę ma się twardszą.
      • simply_z Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:00
        to troche tak jak z mówieniem ,że nie żałuję się niczego w życiu.
        Nie wierzę w to ,zawsze czegoś się załuję ,tylko niektórzy ludzie potrafią się z tym pogodzić ,a inni nie.
        :)
        • samuela_vimes Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:02
          żałować, a wyciągać wnioski to chyba zupełnie dwie inne sprawy. Można żałować a i tak się niczego nie nauczyć :->
          • simply_z Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:05
            ale to są wnioski po fakcie;)
            • samuela_vimes Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:08
              hyh mądry polak po szkodzie, w końcu przysłowia skądś się bierą.
    • avital84 Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:17
      Taka, ja każdą 'porażkę' traktuję jak skarb. Każde takie wydarzenie prowokuje zmianę, która zawsze prowadzi ku lepszemu. I nie jest to tylko tłumaczenie, ale w moim życiu do tej pory rzeczywiście za każdym razem tak właśnie było.
      • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 17:33
        Oczywiście, że tak - ja jestem moja sytuacja jest tego dobrym przykładem, tylko po co mi była ta nauka? rzeczy dobre mogą się zdarzać i bez tych tragedii i o tym jest wątek, nie o tym czy zmiany spowodowane wypadkami wyszły nam na dobre
        • kora3 No top dobra, masz prosty przykład 18.02.12, 18:20
          Kiedyś dość dawno jedna z moich kolezanek spotykała się z fajnym z pozortu facetem. Była zakochana, planowali przyszłosc. Po jakims czasie gosc poprosił ją o pozyczkę dosc duzej kwoty pieniędzy. Na wspólne mieszkanie - coś mu tam brakuje, kredytu nie moze wziąc, bo już ma na firme itd. Dziewczyna nie radzac się nikogo wyciągneła te kase z lokaty i mu dała. Bez zadnych pokwitowań, rewersów. Nie przypuszczałą nic złego - spotylkali się blisko rok, znała jego rodziców, znajomych. Po jakiś 2 tyg, pojechał w podróż słuzbową za granice i .... slad po nim zaginął. JAk sie dowiedziała w czas jakiś potem firmę zlikwidował, rodzice i znajomi ponoic nic nie wiedzieli - gdzie jest itd. Spotkała go przypadkowo po roku w restauracji, udawał ze jej nie zna, a jak podeszłą nie chciał rozmawiac, jednak nalegała. Powiedział jej, ze zadnej kasy od niej nie brał, jak brał, niech pokaze dowód. Nie było sensu gadac dalej. Jakoś przebolała i kase i zranione uczucia.

          {Po jakims czasie poznała w necie goscia, niebiedny, przystojny. Ten poprosił o znacznie wyższą kwote niż tamten po pół roku intesywnej znajomosci. (kolezanka wykonuje zawód dosc intratny). Zmiejsca zapaliła jej się lampka w głowie (z doswiadczenia, jak potem mówiła:)). Odmówiła, gosc się "obraził" i zniknął z jej zycia, co było do pzrewidzenia:) Po pół roku skontaktowała sie z nią policja - facet oszukał na kase wiele kobitek. Nie wiem co z nim zrobili, ale był niewyplacalny, wszystko co miał - miał na rodziców:) tych samych, którzy poznawali te panie jako przyszłę synowe:) Gdyby nie tamto doswiadczenie moja naiwna skądinąd znajoma straciłaby tym razem naprawde duzo kasy.
          • ka-mi-la789 Re: No top dobra, masz prosty przykład 18.02.12, 19:48
            > Gdyby nie tamto doswiadczenie moja naiwna skądinąd
            > znajoma straciłaby tym razem naprawde duzo kasy.

            Coś nie tak musi być z jej inteligencją, skoro musiała wsadzić łapę do ognia, żeby się przekonać, że parzy. Może jakiś life coaching by się jej przydał, bo kolejne kopy w charakterze wykładów na tematy oczywiste mogą ją kosztować życie.
            • kora3 no niby to oczywiste 19.02.12, 00:14
              ale przecież nie zawsze tak jest, że ludzie bliscy sobie jakoś, czy to w zwiazku, czy jako przyjaciele oszukują sie na kase. Ja mam pełny dostep do konta mego faceta, mieszkanie w którym mieszkamy kupione jest na mnie itd. I jakoś gosc się nie boi, ze zostanie z niczym :) choć z tego co mi wiadomoi, nigdy poza małzeństwem nie miał nikt dostepu do jego konta. A była zona miała i też go jakoś nie oskubała.
              Są sytuacje w zyciu rózne i jakkolwiek ta panna miała megapecha do facetów łasych na jej kase, to przecież nie wszyscy tacy są:) Zważ na to, że pozy7czyłą za tym pierwszym razem nie jakiemuś gosciowi którego widziała 2 razy w zyciu, tylko komuś z kim była prawie rok - wiedziała o gosciu sporo, znała jego rodzine, srodowisko. Przecię mogło być tak, ze gosc by to faktycznie wpłacił na mieszkanie, nic nie wskazywało na to, ze jest jakimś oszustem.

              Nie mowie, ze trzeba ufać bezgranicznie, ale nie róbmy z niej az takiej idiotki.
              • ka-mi-la789 Re: no niby to oczywiste 19.02.12, 01:01
                > ale przecież nie zawsze tak jest, że ludzie bliscy sobie jakoś, czy to w zwiazku,
                > czy jako przyjaciele oszukują sie na kase.


                Pijani kierowcy też nie zawsze powodują wypadki. Co nie zmienia faktu, że siadanie po pijaku za kółko to bardzo zły pomysł.

                > Ja mam pełny dostep do konta mego
                > faceta, mieszkanie w którym mieszkamy kupione jest na mnie itd. I jakoś gosc s
                > ię nie boi, ze zostanie z niczym :) choć z tego co mi wiadomoi, nigdy poza małz
                > eństwem nie miał nikt dostepu do jego konta. A była zona miała i też go jakoś n
                > ie oskubała.


                Wzruszające, tylko że dla twojej znajomej nic z tego nie wynika. Idylla panująca między tobą a twoim nie zmienia faktu, że dała się okraść i że mogła tego uniknąć.

                > Są sytuacje w zyciu rózne i jakkolwiek ta panna miała megapecha do facetów łasych na jej kase,

                Dla ciebie pech, dla mnie skłonność (pewnie nawet nieuświadomiona) do wybierania faciów określonego gatunku.

                > to przecież nie wszyscy tacy są:)

                Tylko że sprawdzanie metodą prób i błędów, którzy są, a którzy nie, cholernie drogo kosztuje. Dosłownie.

                > Zważ na to, że pozy7czyłą za tym pierwszym razem nie jakiemuś gosciowi
                > którego widziała 2 razy w zyciu, tylko komuś z kim była prawie rok -


                Chyba jestem bardzo stara, bo dla mnie "prawie rok" oznacza, że człowieka ledwie znam. A już na pewno na wdam się z nim w transakcje finansowe rozmiarów zakupu mieszkania.

                > wiedziała o gosciu sporo

                Najwidoczniej jednak za mało i/lub nie to, co powinna wiedzieć.

                > znała jego rodzine, srodowisko.

                A czy ta rodzina i środowisko poczuły się w obowiązku zwrócić jej stracone pieniądze albo nakłonić do tego oszusta?

                > Przecię mogło być tak, ze gosc by to faktycznie wpłacił na mieszkanie,

                Otóż to: mogło. W sytuacjach, w których w grę wchodzą kwoty rzędu zaliczki na mieszkanie (zgaduję, że co najmniej pięciocyfrowej) "mogło" to trochę za mało jako gwarancja.

                > nic nie wskazywało na to, ze jest jakimś oszustem.

                A to, że koniecznie chciał dostać te pieniądze, a nie poprosił jej o przelew na konto sprzedającego (rozwiązanie prostsze i bezpieczniejsze)? A to, że nie brała udziału w całej operacji (na mój rozum wpłacie zaliczki powinno towarzyszyć zawarcie umowy wstępnej, a skoro chata miała być wspólna, to powinni ją podpisać oboje)? Ba, mnie czerwone światełko zapaliłoby się pod czaszką w chwili sformułowania przez gościa żądania przypisania go do mojego majątku - konta, mieszkania, samochodu, działki, czegokolwiek - czy też zamiany majątku odrębnego na wspólny. Może dzięki temu nie muszę do swojej głupoty doklejać ideologii pod tytułem "było mi to potrzebne, nauczyłam się, co cię nie zabije blebleble".

                > Nie mowie, ze trzeba ufać bezgranicznie, ale nie róbmy z niej az takiej idiotki

                To ty nazwałaś ją naiwną. Ja się tylko ochoczo zgodziłam z tym określeniem i twórczo je rozwinęłam.
                • kora3 Re: no niby to oczywiste 19.02.12, 01:40
                  nie, kwota nie była aż taka. Chodziło o taką rzedu 3-4 rat za mieszkanie, które gosc "zakontraktował" w bloku, który był jeszcze w budowie. Nie wiem czy nadal sie robi takie rzeczy, ale wówczas to było tak, ze czesc kwoty wpłącało się od razu, a jakąs czesc mozna było wpłacać w ratach. Gośc mieszkanie zabukował zanim sie poznali, stad wszystko to "stało" na niego.

                  Wiesz, no moze ty tak masz, ze gosc z którym jesteś prawie rok, to zasadniczo mało znany znajomy. Ja znam ludzi, którzy po krótszej znajomosci brali sluby, czy zamieszkiwali razem (np. my:)) i z tychze znanych nikt nikogo nie okradł, ani nie oszukał.

                  żeby była jasnosc: fakt, ze stracona kwota kolezanki bynajmniej nie zrujnowała oraz to, ze nie pozyczyła jej komuś znanemu 2 tyg. nie zmienia faktu, że postapiła naiwnie nie biorac zadnego pokwitowania na pożyczone pieniądze.
                  Czy wybiera takich facetów? No nie za bardzo, bo poprzednicy owych panów takich numerów nie robili, a i mąż obecny kolezanki - tudzież nie skłonny do zaboru jej mienia.

                  W obu tych nieszczesnych przypadkach panowie nie chcieli podpinać się pod jej mienie w sensie przepisania czegoś, ustanowienia współwłascicielem itd. - obaj prosili o pozyczkę. To tak gwoli scisłosci. I obaj nie byli osobami bednymi, czy nawet rzekłabym skromniej sytuowanymi niż kolezanka.

                  Ale ok, jest naiwna. Tylko, ze to był tylko przykład. Piszesz o sobie, ze Ty taka pewnie nie byłabyś. Mozliwe. A gdyby nie chodziło o kasę? Moim zdaniem absurdalne jest przekonanie, ze sie jest w stanie ustrzec wszelkich błędów i jakis niegajnych sytuacji. Szczególnie gdy sie nie ma doswiadczenia. Weż choćby mnie. Skłonnosci do wyebiarnai facetów tnących mnie w rogi nie mam - na wielu w moim życiu (liczac z tymi z wczesnej młodosci) trafił mi sie taki raz:) Nic, absolutnie nic nie wzkazywało na to, ze moze do takiej sytuacji dojsc. A kiedy doszło kompletnie nie umiałam załapac sygnałów o tym, bom nigdy czegoś takiego nie przezyła. Mogłam się ustrzec? No mogłam - nie wchodzić z nim w zwiazek. Tylko na tej zasadzie, trzebaby było z nikim nie wchodzić w zwiazki:)

                  Znajoma -spotykała się z facetem, który czesto pracował w weekendy, świeta itp. Czesto, ale nie zawsze, czesc spedzał z nią. Prace miał tego rodzaju, ze się pracuje takze w wolne dni. Było to grubo przed inwazją netu:) wiec nie było portali społecznosciowych itd. Odwiedzała go w domu, mieszkał sam w kawalerce. Przezyła szok, gdy dowiedziała się, ze gosc jest zonaty. A dowiedziała się przez czysty przypadek. gdyby nie to, gosc mógłby jeszcze tak długo polawirować. Co powinno wzbudzić jej podejrzenia? Praca w wolne dni? W tym zawodzie to normalne, ze czasem się w wolne dni pracuje. Mieszkanie jak się okazało było samotnego faceta, owszem, ale nie tego tylko jego kolegi, któtry wuyjechał na kontrakt zagraniczny, a ten sie nim opiekował. W zasadzie był sposób - zazadać od kolesia zaswiadczenia z USC o stanie wolnym:) Tylko, że mogł być z kimś bez slubu, to i zaswiadczenie by nie pokazało prawdy. Mozna te kolezanke też nazwac naiwną - spotykała się z gosciem kilkanascie miesiecy i nie skumała, ze jest zonaty. Pytanie, czy Ty, albo ja się domysliłybyśmy:)
                  • ka-mi-la789 Re: no niby to oczywiste 19.02.12, 16:02
                    > Gośc mieszkanie zabukował zanim sie poznali, stad wszystko to "stało" na niego.

                    Więc dała mu na piękne oczy forsę na mieszkanie, którego nawet nie miała być współwłaścicielką. Szacun.

                    Ja znam ludzi, którzy po krótszej znajomosci brali sluby, cz
                    > y zamieszkiwali razem (np. my:)) i z tychze znanych nikt nikogo nie okradł, ani
                    > nie oszukał.


                    Co znaczy tyle, że mieli więcej szczęścia niż rozumu. A może i nie mieli, bo brak nieuczciwości w kwestiach finansowych nie oznacza, że szanowny małżonek nie orzyna drugiego szanownego małżonka na innych polach. Poza tym dla jednostkowego przypadku nie ma to najmniejszego znaczenia. Ja znam kogoś, kto przeżył obiadek złożony z muchomora sromotnikowego. Czy to znaczy, że mam się zajadać wymienioną rośliną? Dokonujesz bezpodstawnego uogólnienia.

                    > Czy wybiera takich facetów? No nie za bardzo, bo poprzednicy owych panów takich
                    > numerów nie robili, a i mąż obecny kolezanki - tudzież nie skłonny do zaboru
                    > jej mienia.


                    Sama stwierdziłaś, że "ma pecha" do kochających jej forsę lewusów. Ja tylko odniosłam się do słowa "pech".

                    > I obaj nie byli osobami bednymi, czy
                    > nawet rzekłabym skromniej sytuowanymi niż kolezanka
                    .

                    Tym bardziej zdziwiłyby mnie prośby o pożyczkę. Tylko że ja podła materialistka jestem (czytaj: nie pozwalam się okradać).

                    > Ale ok, jest naiwna. Tylko, ze to był tylko przykład. Piszesz o sobie, ze Ty ta
                    > ka pewnie nie byłabyś. Mozliwe. A gdyby nie chodziło o kasę?


                    Też. Na moje zaufanie w jakiejkolwiek dziedzinie trzeba zasłużyć.

                    Moim zdaniem absur
                    > dalne jest przekonanie, ze sie jest w stanie ustrzec wszelkich błędów i jakis n
                    > iegajnych sytuacji.


                    Jak w rosyjskim powiedzeniu: wszystkich kobiet nie przelecisz, wszystkich książek nie przeczytasz, całej wódki nie wypijesz, ale starać się trzeba. Tak i z błędami: wszystkich nie unikniesz, ale starać się trzeba. W ten sposób unikniesz przynajmniej niektórych, a to już coś.

                    > Mogłam się ustrzec? No mogłam - nie wchodzić z nim w zwiazek. Tylko na t
                    > ej zasadzie, trzebaby było z nikim nie wchodzić w zwiazki:)


                    Ja nie wchodzę już od... niech policzę... dziesięciu lat. I żyję. No, ale to kwestia gustu. Ja kocham święty spokój, miłosne uniesienia są mi potrzebne jak wrzód na tyłku. Dzięki temu nie muszę dorabiać ideologii do kolejnych zaliczonych kopów. Ty pewnie lubisz odwrotnie.

                    Co po
                    > winno wzbudzić jej podejrzenia? Praca w wolne dni? W tym zawodzie to normalne,
                    > ze czasem się w wolne dni pracuje.


                    Ich kontakty ograniczały się do "spędzania wolnych dni"? Wyjechali kiedyś razem choćby na tygodniowy urlop? Poszli razem na sylwka? Poznała kogokolwiek z jego znajomych czy rodziny? Bo jeśli nie, to dla mnie byłyby to już nie "sygnały", tylko czerwony alarm.

                    > Pytanie, czy Ty, albo ja się domysliłybyśmy:)

                    Ja tak. No, ale ja jestem wredna cholera zakładająca z góry, że facet to świnia. Dzięki temu nie muszę...
                    • kora3 Wiele w tobie zalu chyba 19.02.12, 16:31
                      Kamilko, a moze nie ... nie wiem.

                      Owszem, kolezanka na piekne oczy dała te forse i jej błąd. Ja swoją tez w bardzo podobnej sytuacji dałam mojemu ekspartnerowi. I on mi ją oddał co do grosza, jak stało sie jasne, ze razem w tym mieszkaniu nie zamieszkamy. I wyobraź sobie, ze spory relatywnie czas mieszkałam z eksfacetem w mieszkaniu jego siostry i płacislismy razem rachunki, korzystali z jednego (jego) samochodu, jedli wspólne posiłki i robili zakupy i zadne z nas nigdy nie miało bodaj cienia podejrzenia, ze ktoś kogoś rznie na kase. i do tej pory, jak wyjeżdzamy to zostawiam mojemu eks czasem klucz do naszego mieszkania, w razie "wu", a sasiedzi mają telefon do niego, bo jakby rura pekła, czy się coś zapaliło od isntalacji niedaj losie, to łatwiej otwoarzyc, niż wyłamać:) I wyobraź sobie, ze to facet, który mnie kiedyś zdradził, czyli zawiódł, ale na litosc boską, nie mozna kogoś kto np. zdradza zaraz ubierać w "szaty" złodzieja, oszusta, skąpca czy pedofila, nie? Ktoś moze nie nadawać się na partnera, ale być lojalnuy w szregu innych spraw zyciowych.

                      Co do "niedawania sie okraśc" - no mnie się nie zdarzyło, ani pozyczyć komuś duzej kwoty pieniedzy bez pokwitowania, ani wziac "na siebie" pozyczki dla kogoś, ani nawet zostac naciągnietą. Widocznie ma postawa odstrasza takie typy:) - bez wzgledu na płeć.

                      Ale zdarzyło mi sie pożyczać mniejsze sumy pieniedzy ludziom bez pokwitowania i zawsze mi wszyscy oddawali:) - zdarzało się,ze zapomniałam, a tu niespodzianka :)

                      Piszesz o swoim 10 -letnim byciu samą. Skoro ci tak dobrze, wszystko ok. Ja przyznam, ze nie mam parcia na bycie z kimkolwiek, byle być. Po zwiqzku z ekspartnerem raczej b. swiadomie niw ikłałam się w powazniejsze relacje - za bardzo byłam wypompowana emocjonalnie:) Ale jakiegoś załozenia, ze nigdy z nikim - nie miałam. Miaabym tak załozyć dlatego, że już raz, czy dwa nie wyszło? Musiałabym nigdy wiecej nie siąsc za kierownicą, ani w ogóle samochodem nie jechać, bo zdarzyło się,ze ktoś mnie zahaczył , albo wjechał mi w zderzak:). Musiałabym nie pracować już, bo zdarzyło się, ze sie pomyliłam?:) No bez jaj :)
                      • ka-mi-la789 Re: Wiele w tobie zalu chyba 19.02.12, 17:12
                        kora3 napisała:

                        > Kamilko, a moze nie ... nie wiem.

                        Bardzo mi się podoba powyższe zdanie :))).

                        > Owszem, kolezanka na piekne oczy dała te forse i jej błąd. Ja swoją tez w bardz
                        > o podobnej sytuacji dałam mojemu ekspartnerowi. I on mi ją oddał co do grosza,
                        > jak stało sie jasne, ze razem w tym mieszkaniu nie zamieszkamy.


                        Gratulacje. Tylko że znowu dokonujesz bezzasadnych uogólnień: skoro mnie nie oszukali, to należy zakładać, że nikt nigdy nikogo nie oszuka.

                        > I wyobraź sobie, ze to facet, który mnie
                        > kiedyś zdradził, czyli zawiódł, ale na litosc boską, nie mozna kogoś kto np. z
                        > dradza zaraz ubierać w "szaty" złodzieja, oszusta, skąpca czy pedofila, nie?


                        A gdzie ja to zrobiłam?!

                        Kt
                        > oś moze nie nadawać się na partnera, ale być lojalnuy w szregu innych spraw zyc
                        > iowych.


                        Możliwe, ale jakoś nie mam ochoty sprawdzać. Zawiodłeś mnie - idziesz w odstawkę, proszę wykasować mój numer z książki telefonicznej i adres z poczty jako i ja kasuję. Z "szeregiem innych spraw życiowych" radzę sobie bez łaski byłych kochasiów.

                        > Co do "niedawania sie okraśc" - no mnie się nie zdarzyło, ani pozyczyć komuś du
                        > zej kwoty pieniedzy bez pokwitowania, ani wziac "na siebie" pozyczki dla kogoś,
                        > ani nawet zostac naciągnietą. Widocznie ma postawa odstrasza takie typy:) - be
                        > z wzgledu na płeć.


                        Mnie raz ktoś poprosił o większe pieniądze "na cło". Odmówiłam, bo raz, nie miałam, dwa, skoro ktoś twierdzi, że nie ma pieniędzy na wydatek tak elementarny jak cło za sprowadzany towar, to albo jest biznesmenem z koziej dupy, w związku z czym uzasadnione są wątpliwości, czy będzie w stanie spłacić dług, albo zwyczajnie naciąga.

                        > Ale zdarzyło mi sie pożyczać mniejsze sumy pieniedzy ludziom bez pokwitowania i
                        > zawsze mi wszyscy oddawali:) - zdarzało się,ze zapomniałam, a tu niespodzianka
                        > :)


                        Co naprawdę nie oznacza, że oszustów i naciągaczy nie ma na tym świecie i nie należy się przed nimi bronić.

                        > Miaabym tak załozyć dlatego, że już raz, czy dwa nie wyszło?

                        Nie wiem, na jakich podstawach opierasz swoje życiowe wybory, ale w moim przypadku "nie wyszło" nie miało nic do rzeczy. Po prostu stwierdziłam, że samej jest mi lepiej niż z pałętającymi się wokół gaciami.

                        Musiałabym n
                        > igdy wiecej nie siąsc za kierownicą, ani w ogóle samochodem nie jechać, bo zdar
                        > zyło się,ze ktoś mnie zahaczył , albo wjechał mi w zderzak:). Musiałabym nie pr
                        > acować już, bo zdarzyło się, ze sie pomyliłam?:) No bez jaj :)


                        Można nie lubić jazdy samochodem i pracy z zupełnie innych powodów niż "ktoś zahaczył" czy "nie udało się". Ja tak mam - nienawidzę podróżować samochodem bynajmniej nie z powodu dwóch wypadków dużo poważniejszych niż "ktoś zahaczył" (nie lubiłam samochodów już na długo przed pierwszym z nich), pracować nie cierpię nie dlatego, że "się nie udało" czy że klient mi raz albo drugi sprzedał bardziej czy mniej zasłużoną zjebę, tylko z lenistwa. Naprawdę nie każda niechęć do tej czy tamtej czynności ma korzenie w "złych doświadczeniach".
                        • kora3 Ale spokojnie, Kamilko :) 19.02.12, 18:03
                          KAzdy ma swoje zycie i swoje di niego podejscie, wiec nie musisz tak broinić wwego stanowiska, nikt go chyba nie atakuje?:)

                          To co piszesz racja - to,ze kogoś nie oszukano (nie naciuągnieto, nie oszwabiono, czy to tam chcesz) nie oznacza, ze nie ma oszustwó, naciągaczy itd. w drugą strone też to działą - to, ze kogoś oszkuano itd. to nie znaczy, ze wszyscy oszukują itd.

                          Z prowadzeniem auta, z pracą - to były przykłady - ze idac tym tropem, trzebaby zawsze rezygnować ze wszystkiego, co raz nam jakoś tam nie wyszło, sprawiło kłopot, było niemiłe. Równie dobrze takim przyładem mogłoby być "lepiej nie wyjeżdzac na urlop, bo raz mnie w podrózy okradli, raz złamałam nogę, a raz było do d..y na nim"

                          masz pełne prawo do wykasowania numeru i niepoznawania na ulicy kogo tylko chcesz:) i mozesz sobie radzić doskonale bez kogokolwiek, nie lubić też masz prawo kogokolwiek - ale czy Twa opinia ma być obowiazująca wszystkich?:) Ja mam inny charakter zwyczajnie - są ludzie których uwazam za fajnych, ale np. niespecjalnie lubie się z nimi bawic w szerszym gronie i jesli sie spotykam , to w mmniejszym, sa tacy, których uwazam za ponuraków, ale swietnych fachowców itd. Zakładam tyeż, ze kazdy ma prawoi do błedu i ja też i nie skreslam kogoś ktoi zawsze był w porzadku i przeprasza szczerze za to, ze popełnił bład na jednym polu. Zmniejszam mu kredyt zaufania o to pole i tyle (poza ekstremalnymi przypadkami) - nie zawiodłąm sie jeszcze na tym:) Natomiast innym pozostawiam decyzję co do potraktowania w analogicznej sytuacji innych. :)
                          • ka-mi-la789 Re: Ale spokojnie, Kamilko :) 19.02.12, 18:19
                            kora3 napisała:

                            > KAzdy ma swoje zycie i swoje di niego podejscie, wiec nie musisz tak broinić w
                            > wego stanowiska, nikt go chyba nie atakuje?:)

                            Chyba ty to robisz. A powyższym zdaniem jednoznacznie próbujesz mnie zepchnąć do defensywy, przy okazji traktując protekcjonalnie.

                            > To co piszesz racja - to,ze kogoś nie oszukano (nie naciuągnieto, nie oszwabion
                            > o, czy to tam chcesz) nie oznacza, ze nie ma oszustwó, naciągaczy itd. w drugą
                            > strone też to działą - to, ze kogoś oszkuano itd. to nie znaczy, ze wszyscy osz
                            > ukują itd.

                            Nie muszą wszyscy. Jednostce myślącej wystarczy jeden na tysiąc, żeby podjąć środki ostrożności.

                            > Z prowadzeniem auta, z pracą - to były przykłady - ze idac tym tropem, trzebaby
                            > zawsze rezygnować ze wszystkiego, co raz nam jakoś tam nie wyszło, sprawiło kł
                            > opot, było niemiłe. Równie dobrze takim przyładem mogłoby być "lepiej nie wyjeż
                            > dzac na urlop, bo raz mnie w podrózy okradli, raz złamałam nogę, a raz było do
                            > d..y na nim"

                            Nie wiem, który z moich postów sprawił, że uznałaś mnie za niedorozwiniętą, ale tak czy inaczej to błędna opinia.

                            > masz pełne prawo do wykasowania numeru i niepoznawania na ulicy kogo tylko chce
                            > sz:) i mozesz sobie radzić doskonale bez kogokolwiek, nie lubić też masz prawo
                            > kogokolwiek

                            Dziękuję za pozwolenie.

                            - ale czy Twa opinia ma być obowiazująca wszystkich?:)

                            To nie ja traktuję swoje poglądy jako prawdy objawione.

                            > Natomiast innym pozostawiam decyzję co do po
                            > traktowania w analogicznej sytuacji innych. :)

                            Godny najwyższych pochwał liberalizm.
                            • kora3 Re: Ale spokojnie, Kamilko :) 19.02.12, 18:31
                              Wcale Cię nie traktuje protekcjonalnie, naprawde uwazam, ze kazdy moze w swoim życiu robic jak chce. Nie potrzeba mu na top mego, ani niczuyjefo liberalnego :) przyzwolenia. Nie musze wszakże traktowac tego, jako lepsze dla mnie, jesli moje doswiadczenie uczy mnie, ze jest dla mnie lepiej inaczej:) Co to protekcjonalizmu poczytaj co i jakim tonem do mnie napisałaś :)
                • yoko0202 takie przysłowie jest 19.02.12, 12:52
                  bardzo popularne i niby banalne - mądry Polak po szkodzie
                  przykład, który podała Kora, to również i ja popełniłam, były przyszły niedoszły mąż zrobił mnie w jajo na prawie stówkę, spłacam do dzisiaj
                  tak po prostu bywa, i to są właśnie chyba te porażki i złe doświadczenia, z których się uczymy.
                  i nie zawsze oczywiście muszą mieć wymiar finansowy, generalnie większość błędów, które popełniamy wynika z naszej złej oceny sytuacji i mniejszego lub większego stopnia 'sfrajerzenia'
      • deletka Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 17:33
        Tylko jakim kosztem jest to lepsze? W moim wypadku ogromnym i takim, który nadal płacę. Jestem po paskudnym rozwodzie już dobrych parę lat, mój obecny związek to bajka w porównaniu z tym co było, więc niby wyszło mi na dobre, ale z paroma rzeczami mam problemy i wiem, że to echo tego co się wydarzyło w przeszłości.
        • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 18:48
          Dokładnie o tym mowię. Dla mnie to żadna nauka.
    • princess_yo_yo Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:40
      takie doswiadczenia sa czescia zycia, a z kazdego doswiadczenia wyciaga sie jakas nauke, chyba ze jest sie bardzo odpornym na wiedze ale wtedy to dopiero zycie jest ciezkie. czy byloby mi teraz lepiej bez pewnych wyjatkowo malo przyjemnych doswiadczen? moze, ale czesc tych doswiadczen zmotywowalo mnie do zmiany w danym momencie i w sumie wynik jest jak najbardziej pozytywny, czesc pomoglo mi nabrac troche wiekszej samoswiadomosci i poszerzyc horyzonty itd.
      oczywiscie do takiej oceny potrzebna jest perspektywa, o ktora trudno w momencie kiedy wszystko sie wali i jest beznadziejnie/traumatycznie/nieszczesliwie itd.
      dajac osobisty przyklad, moja matka byla osoba okropna we wspolzyciu i ogolnie malo przyjemna pod kazdym wzgledem, wiekszosc mojego zycia bylysmy w permanentnym stanie wojny - miedzy innymi dzieki temu asertywnosc, racjonalne podejscie do zycia, brak potrzeby walidacji, wysoka samoocena itd to moja druga natura. nie patrzylam tak na to 15 lat temu.
      • marguy Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 16:51
        Wyciagam wnioski z wlasnej przeszlosci, bo tylko idiota popelnia te same bledy wielokrotnie.
        I niczego nie zaluje bowiem kazde doswiadczenie jest cenne, nawet te najmniej przyjemne.
    • lena.nocna Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 17:07
      Moim zdaniem źle to rozumiesz. Nie chodzi o tłumaczenie sobie porażki jako coś co jest ok, bo uczy, ale o wyciąganie wniosków z porażek. A co za tym idzie - poznawanie różnych punktów widzenia -> większy obiektywizm, osobistą (na własny użytek) mądrość życiową.

      Nie chodzi o to, że chce się mieć porażki, żeby się nauczyć, ale o to, że skoro już coś takiego się stało, to nie można przejść obok tego obojętnie, jakby nigdy nic, ale warto wyciąć wnioski, szukać przyczyn porażek i nie dopuszczać do nich w przyszłości.

      Mnie z kolei i rytują osoby, które za każdą swoją porażkę obwiniają innych: np. brak dobrej pracy to wina państwa, kolesiostwa na rynku i wszystkich wokół, a nie własnego lenistwa i braku jakichkolwiek umiejętności; rozwód - wina męża, bo jest głupi i się wiecznie kłóci - co z tego, że zona zawsze go do tych kłótni prowokuje; rozwydrzone dzieci - wina nauczycieli, męża, dziadków i kolegów - co z tego, że jedyna metodą wychowawczą jaką się stosuje jest krzyk i olewanie.
      Itd.


      • kora3 madre słowa Leno :) 18.02.12, 18:05
        tak, własnie o to chodzi o wyciąganie wniosków i naukę , skoro już coś jest. Mądrzej jest uczyć się na błedach innych:) ale nie zawsze się wszystkim udaje ;-)

        Z tym obwinianiem całego swiata, ba nawet "gwiazdy", losu i czego tam jeszcze - takze 100 proc. prawdy. Mam kilka takich osób w otoczeniu, z problemami powtzrającymi się na polu róznym. Zawsze winne jest coś tam. Znajoma miała meza obiboka i babiarza. Raczyła go podać o rozwód, jak innej dziecko zrobił. wczesniej go utrzymywała, niańczyła i tłumaczyła, ze nie moze znaleźć pracy (za PRL-u hehe). KAzdy jej nastepny facet jest dokładnie taki sam: bezrobotny, albo pracuje dotywczo, pije, wykorzystuje ją. gania za innymi i kazdemu robi karczemne sceny zazdrosci po czym przyjmuje znów biedaka po paru dniach gniewania się. I pyta: dlaczego mnie to spotyka? No cholera - dlatego kobito, ze niczego sie nie uczysz, wybierasz ciągle ten sam model goscia - leń, nierób, pijak i bawidamek! Jak jej to powiesz robi wielkie oczy:) No jak to? No tak - kurier jej chyba tych "wpaniałych gosci" nie przynosi w paczkach?
      • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 18:51
        Ale po co mi te wnioski lena?
        • lena.nocna Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 19:33
          Napisałam po co. Ku...a*




          * obiecuję sobie już po raz tysięczny, że nie będę na takie posty odpowiadać, no i jeszcze raz to zrobiłam, mam za miękkie serce. ;-)
          • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 00:49
            No fakt. Powinnas dotrzymywac tej obietnicy.
    • maly.jasio Tej prawdy nikt nie kupi... 18.02.12, 17:39
      Lecz "Polak i przed szkoda i po szkodzie glupi"...
      (staropolskie)

      Nie, nijak sobie porazek nie tlumaczymy, poza wlasna glupota, lub zlym oszacowaniem sytuacji.

      One niczego nie ucza.
      Mozna by powiedziec , ze moze ostroznosci...
      Jednak ostroznosc - to SPOWALNIANIE dzialan
      wiec tez raczej tez strata, a nie nauka.


    • lidka449 Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 18:39

      > Czy porażki i niepowodzenia w życiu tłumaczycie sobie jako nowe doświadczenia,
      > które czegoś Was nauczyło?
      >zdecydowanie tak kierujac sie prosta filozofia zyciowa
      co nas nie zabije to nas wzmocni :)
    • chersona Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 19:37
      ursyda napisała:

      Czy porażki i niepowodzenia w życiu tłumaczycie sobie jako nowe doświadczenia, które czegoś Was nauczyło?

      niewiele w moim życiu porażek i niepowodzeń. jestem tchórzem, eskapistką. Nie próbuję, nie pakuję się w nowe - jestem ostrożna w stosunku do ludzi i sytuacji. Myślę, że dzięki temu uniknęłam wielu problemów, ale i ominęło mnie drugie tyle fajnych przygód.
      w każdym razie ludzi, którzy mają na koncie sporo niepowodzeń i porażek odbieram - w przeciwieństwie do siebie - jako dzielnych aktywistów.
      Jest jeszcze inna bajka - dotknięci nieszczęściem ludzie, którzy przekuli je na szlachetne działania. Ze znanych Ewa Błaszczyk, ze znajomych też by się paru znalazło (choćby babka, której córka - kiedy wydawało się, że najgorsze minęło - popełniła samobójstwo). choć ktoś powiedział mi tak jak Ty, że on dziękuje za takie doświadczenia. wolałby nigdy nie musieć wykazywać się szlachetnością a mieć żywe, zdrowe dziecko.
    • anna_sla Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 22:36
      a masz inne wyjście skoro to już się wydarzyło? Jeśli masz możliwość uniknać traumatycznych przeżyć to dobrze, nikt specjalnie się w nie raczej nie pcha. Często jednak jest to niezależne od nas.
    • zmasztu Re: Doświadczenie życiowe. 18.02.12, 22:58
      >>>Czy porażki i niepowodzenia w życiu tłumaczycie sobie jako nowe doświadczenia, które czegoś Was nauczyło?

      tak, dla mnie to oczywiste - jak każde zdarzenie pozytywne, tak i porażka z niepowodzeniem jest doświadczeniem, które uczy. Te nacechowane negatywnie mają nawet swoje odbicie w tzw. mądrości ludowej - człowiek uczy się na własnych błędach.

      Inna sprawa, że nie wszyscy korzystają ze swoich (czy innych) doświadczeń, albo korzystają z nich... (ogólnie rzecz ujmując) niewłaściwie.
    • astrofan Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 00:56
      bzdura że porażki to jakieś "cenne" doświadczenie, najczęściej porażki odbierają wiarę w wartość własnego osądu, osłabiają jasność oceny sytuacji ... i prowadzą do kolejnych porażek .... tak jest w sporcie, nauce i biznesie, to sukcesy, choćby drobne, budują pozytywną pewność siebie, są motywują i rozwijają

      poza tym trzeba być idiotą by sądzić że wszystko trzeba samemu doświadczyć być mieć o tym zdanie, ja w każdym razie nie będę odcinał sobie palca by przekonać się że to ch..jowe ;)
      • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 10:29
        mam takie samo zdanie
        • kora3 Ale wy chyba zwyczajnie nie rozumiecie o co chodzi 19.02.12, 15:10
          bynajmniej nie o to, ze wszystko trzeba przezyc, zeby mieć zdanie na ten temat, albo też samemu pakować sie w kłopoty, żeby się "naumieć" jak sobie z nimi radzić:)

          Chodzi o to, żeby nie traktować niemiłych doswiadczeń, jako "łomatlkoboska tragedie" tylko włąsnie jako doswiadczenie. Wiekszosc z takich niemiłych doswiadczeń to zwyczajna czesc życia. Tak sawmo, jak sukcesy, mniejsze, czy wieksze:)

          Twierdzicie oboje, że "tak nie macie", ale ...czyżby?:) A pamietacie moze jeszcze swoje "tragedie" np. miłosne z wczesnej młodosci?:) Toż to teraz wspomina sie z rozrzewnieniem i usmiechem na ustach, a wtedy był płacz i grzytanie zebów:) No własnie :) Teraz widzi sie te młodzieńcze "dramaty" inaczej, bo się już ma doswiadczenie:)
          M.in dlatego niespecjalnie kogoś dziwi zakochana w jakimś idoila 13-latka, natomiast już 33- latka twierdzaca ,ze nieprzytomnie kocha jakiegoś aktora czy piosenkarza jest hmm no dziwna :)

          Co do sukcesów, to tez nam się z reguły spojrzenie na nie przewartosciowuje. Inaczej jest, gdy powiedzmy zostaniemy docenieni zawodowo po raz pierwszy, a inaczej, gdy załozmy ktoś stale utrzymuje sie w jakiejś tam "czołowce" - wtedy to już nie jest sukces, tylko jakas przyjemna normalnosc, a sukcesem jest/bedzie coś bardziej spektakularnego.

          Zaskakuje mnie też noco teza o tym, że "porazka" (a kazdy mioze wszak cos innego przezto rozumieć) obniza samoocenę. JAsne, obniza, ale przecież nie na zawsze. A jesli na zawsze, to z taką osobą jest coś nie tak. W ogóle coś nie tak jest z kimś, kto niejako "zyje" dniem minionym i minionymi sytuacjami, takze negatywnym,i i stale je analizuje, przetwarza itd. choć obiektywnie już mineły. kto normalny analizuje mając lat 30 powiedzmy zewanie z licealnym chłopakiem? NA tym opiera swa samoocene, traktuje to w kat. porazki itd.? No raczej nikt normalny.

          Dlaczego bardziej normalne miałoby być analizowanie bez końca "porazki" w spotaci rozstania z kimś w wieku późniejszym, jesli miało miejsce dostatecznie dawno? (rozumiem analizowanie na swiezo) i traktowanie z kolei tego, jako jakiegoś miernika samooceny, czy podsumowania życia, które wszak nadal trwa?
          • ursyda Re: Ale wy chyba zwyczajnie nie rozumiecie o co c 19.02.12, 15:49
            Kora, to nie tak. Coś tam przeżyłam z mojej lub nie mojej winy jak każdy. Chodzi bardziej o to, że pieprzę taką naukę opartą na traumatycznym przeżyciu. Mojego tramatycznego przeżycia nie zaliczę do doświadczenia z ktorego coś wyciągnęłam - więcej - nie lubię w sobie tego cienia ktory we mnie został.
            • kora3 OK, no to tak 19.02.12, 16:08
              z psychologicznego punktu widzenia nie pogodziłaś sie jeszcze z jakiś przyczyn z faktami w postaci zaistnienia tych traumatycznych wydarzeń. Niezaleznie od tego, czy z takich wydarzeń płynie dla nas jakiaś nauka o nas samych, czy ogólniejsza, pierwsza sprawa to - pogodzenie sie z nimi.

              Chce być dobrze zrozumiana, nie chodzi o godzenie sie na wszystko, co los nam zsyła, czy też gotują inni, chodzi o uznanie, ze pewne rzeczy sie już zdarzyły i należy przejsc nad tym do porzadkuy dziennego, życ dalej i nie zaprzatac sobie nimi głowy. Jesli sobie nadal zaprzatasz, a to rzeczy minione to znaczy, ze nadal nie pogodziłaś się z faktami. Odczuwasz je jako krzywde, niesprawiedliwosc itd. Niepokojące jest to, że nadal tak jest - nie chodzi o zapominanie, ale o przejscie do porzadku dziennego. Stało się, nie odstanie, być moze miałaś wpływ, moze nie, warto wyciągnąc naukę i zamknąć te ksiazke, jesli do wyciągniuecia nauki sie to nadaje, albo po prosyu zamknąc ten rozdział i czesc.

              Znam pewną kobiete (z dalszej rodziny), która pponad 20 lat żyła tym, ze były mąż ją skrzywdził, zostawił samą z dzieckiem i upokorzył. I tak było - rzeczywiscie postapił jak drań. Kobieta niebrzydka, mogła sobie ułozyć zycie jeszcze, ale nie chciała. Ok - miała prawo. Jednak już jako dziecko załapywałam, ze z jej psychiką coś nie tak - niemal kazda rozmowa z nią kogokolwiek kończyła się wspomnieniami krzywdy, jakich doznała od byłego meza. Obiektywnie - on ją naprawde skrzywdził, ale bardziej, a w kazdym razie dłuzej ona krzywdziła siebie, a przez to i swoją córkę.
              Kolejne lata mijały jej bez tego faceta - kontaktował sie z córką sporadycznie, a w niej cały czas był ciągle tak samo intensywny zal, takie samo poczucie krzywdy, taka sama, jak nie rosnąca nienawisc do niego transponowana na całą płec meską zresztą poza nielicznymi wyjątkami. Kobieta była zgorzkniała i pełna złosci w zsadzie cały czas, choć obiektywnie juz dawno czas nieobecnosci eksmeza w jej zyciu przekroczył czas obecnosci. To chore i niszczace tego, kto zyje w poczuciu zalu, karmi sie nienawiscią i poczuciem krzywdy. Nie mówie, ze z Tobą jest tak samo, zastrzegam - po prostu widze do czego to prowadzi. Takie "niedomykanie" zamknietych rodziałow życia.
              • ursyda Re: OK, no to tak 19.02.12, 21:01
                No bardziej pomylić się nie mogłaś. Nic już nie przeżywam i to od dawna. Ale nie zmienia to faktu, że pamiętam jak się czułam wtedy i nie chcę by to wrociło i jeszcze bardziej nie chcę nauki z tego płynącej.
                • kora3 Re: OK, no to tak 19.02.12, 21:52
                  Ursydo, zalezy co to było...Nie wnikam, ale przykładowo- ze smierci bliskiej osoby na którą nie ma sie wpływu trudno wyciagać jakąs naukę. Ale np. z nieudanego związku, warto. Warto sobie zadac pytanie np. czy nie uzalezniłam sie od kogos na tyle, ze po tym, jak to się posypało nie umialam żyć? Miłosc, uczucie, to jedno, ale wiekszosc ludzi cierpi i nie wyobraza sobie normalnego zycia bez współpartnera (mimo ze wiedli takie przed byciem z nim i muszą wiesc po rozstaniu) bo jest zwyczajnie uzaleniona, Zdarza sie tez uzaleznienie od firmy (w sensie - nie wyobraza sobie ktoś pracy gdzie indziej , w innych warunkach, gronie ludzi.)

                  Ale ok - piszesz, ze nie tyle nadal przezywasz traumatyczne zdarzenia, co masz ich swiadomosc i nie chciałabyś drugi raz przezyć. Jasne, a Tobie sie zdaje, ze człowiek czerpiący nauke ze swych doswiadczeń nienajlepszych pcha sie,zeby znów je przezyć?:) no wiec własnie nie. Korzystajac z tych doswiadczeń stara się unikać sytuacji, w których wiele wskazuje na to, ze moze spotkać go to samo, to raz. A dwa - nie zdołając uniknąc takiej sytuacji (co sie zdarza, bi nie wszystko w zyciu jest schematem :)) - wie, jak sie zachować w tej sytuacji , zeby wyjsc z niej najbardziej obronną reką.

                  Pytanie: co Tobie dało przezycie czegoś traumatycznego? Pamiec o tym i ...? Jesli nie chodzo o coś takiego, jak smierc kogoś bliskiego (na co wpływ mamy sreni, albo zwykle zaden) to mozesz unikac sytuacji, w których mioze cię spotkać coś podobnego. Zatem jesli to nieudany zwiazek - nie wchodzić w zwiazki, jesli problemy w pracy - nie pracować itd. To droga donikąd przecież.

                  Mozna do tego podejsc inaczej - jesli nieudany zwiazek - to dlaczego? Takiego faceta wybrałam? Dalam sie wybrać? Olałam coś? Byłam zbyt pewna, albo zbyt ufna? Jesli problemy w pracy to co? Nie dosc się przykładalam? Byłam za bardzo otwarta/zakmnieta? "Dałam się wykorzystywać/ wykorzystywałąm innych? Czasem jeest tak, ze taka analiza nie prowadzi nigdzie - analizujemy i okazuje sie, ze nie widzimy nic po swojej stronie. Albo mamy zaćmione spojrzenie, alboi to co sie nam przydarzyło nie zalezało od nas w zadnym stopniu. No i tez bywa. To też nauka :) - nauka pt. zdadza sie, ze przykre doswiadczenia spotykają nas niezaleznie od nas. No i trza też sie z tym pogodzic. :)
    • koham.mihnika.copyright ze sztambucha 19.02.12, 01:05
      co was nie zabije, to was wzmocni

      glupi uczy sie na wlasnych bledach, madry na cudzych.

      a generalnie, to kazdy robi wedle Owsiaka, jak chce.

      kazdy ma prawo do wlasnych odczuc i osadow.

      milej niedzieli.
    • amanda-lear Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 01:22
      Czas nas uczy pokory. Kiedys byla taka piosenka. I to jest prawda.
      Mlodosc wszystko wie, starosc wszystkiemu ufa, a wiek sredni we wszystko watpi.
      Nie znam i nie sledze doswiadczen forumek i forumkow;) niemniej widac roznice w postrzeganiu osob bardzo mlodych i tych z walizka przezyc.
      Nie jestesmy juz tak pewni tego jak sie zachowamy w danej sytuacji i przewaznie odpowiadamy jak dobry prawnik :to zalezy;)))
    • salma75 Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 09:31
      Ula, nie wiem co tam Ci inni pisali, nie czytałam przedpiśców. Sama wychodzę z założenia, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wierzę, że każde, nawet najgorsze doświadczenie, okaże się kiedyś przydatne. To, że w tej chwili wydaje mi się, iż nie musiałam czegoś przeżywać, nie znaczy, że w przyszłości z przykrego doświadczenia nie skorzystam.
    • headvig Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 10:33
      nie, ale tłumaczę sobie, że tak musiało być, bo jeszcze nie jestem gotowa na coś tam... i że pewnie wszystko ma swój cel, dzieje się po to, by kiedyś było lepiej, ale jeszcze nie teraz.
    • mariuszg2 Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 10:46
      Óla...ależ oczywiście że tak... źle zadałaś pytanie... CI nie hodzi o doswiadczenia zyciowe tylko o menszczyzne... a menszczyzna nie ma nic fspulnego z doswiatczeniem rzyciowym... z menszczyznami sa same klopoty.... nie ma co sie nimi przejmowac zbytnio... i roztrzasac....bron borze obwiniac siebie lub kogos... a s perspektywy czasu moze okazac sie ze najwieksza trałma rzyciowa to bym slub....
      • ursyda Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 13:58
        Tak mariusz. Tak.
    • mumia_ramzesa Re: Doświadczenie życiowe. 19.02.12, 11:19
      Trudne sytuacje ucza nas czegos o nas samych. Tylko tyle i az tyle.
      Niektorzy ludzie sami sie pakuja w sutuacje ekstremalne i wcale nie z powodu sklonnosci masochistycznych.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja