karolam0
24.02.12, 19:43
Proszę Was o pomoc w zrozumieniu całej opisanej poniżej sytuacji, bo pomimo mojej wiedzy i doświadczenia życiowego nigdy nie spotkałam się z taką sytuacja i jestem wobec niej bezradna jak dziecko.
Jestem kobietą rozwiedziona, mam 9-letniego syna. Dwa lata temu poznałam mężczyznę- 46 letniego, rozwiedzionego, z dwiema dorosłymi córkami (22 i 20 lat, studentkami).
Zakochałam się, z ogromna wzajemnością. Oboje mieliśmy świadomość, że miłość w tym wieku, z tak ogromnymi wymaganiamia wobec drugiej osoby- to cud. Bardzo powoli wchodziliśmy w tę relację, ostrożnie. Związek nie był idealny- jak żaden- dochodziło do konfliktów ale zawsze rozmawialiśmy i "przegadywaliśmy" je jakoś, i po każdym kryzysie byliśmy autentycznie bliżej siebie. Nie mieszkaliśmy ze sobą, nie było żadnego przymusu "zewnętrznego", by być razem- oboje pracujemy, dobrze zarabiamy, mamy domy, mieszkania.
Po półtoraroczej znajomości mój mężczyzna oświadczył mi się.
Z zaskoczenia, nie było wcześniej nawet rozmów na temat ślubu.
Po prostu przyszedł do mnie 21 stycznia, klęknął, podarował drogocenny pierścionek, powiedział, że mnie bardzo kocha, że prosi mnie o rękę. Zgodziłam się. Uznaliśmy, że za bardzo się kochamy, by nie zrobić tego kroku, że potrzebujemy , chcemy jakoś "przypieczętować to uczucie, choć nie musimy wcale tego robić.
Po dwóch tygodniach od oświadczyn mieliśmy iść do kina. Umówiliśmy się w piątkowy wieczór.
I nagle mój mężczyzna pisze mi sms-a, że "stało się coś złego, i nie spotkamy się"
Wyobraźnia zaczęłam mi pracować, że coś z jego rodzicami, coś z córkami, coś z pracą, coś ze zdrowiem. Przez 2 dni facet się nie odzywał. Po 2 dniach przysłał info na gg- zacytuję, żeby nie przeinaczyć.
"Stało się coś niedobrego - tak jak napisałem Ci w smsie. Niedobrego, bo nie sądziłem, że do tego kiedykolwiek dojdzie. Wspominałem Ci kiedyś o X. I mówiłem Ci, że jestem w niej cały czas nieprzytomnie zakochany. Ona była cały czas daleko. Nieobecna a jednak obecna. Starałem się w jakiś sposób wyrzucać ją z pamięci, udawać, że nie istnieje. Pamiętasz te nasze wszystkie zerwania. Wynikały one z tego, że nie umiałem się pogodzić z tym, że kocham Ciebie ale też kocham ją. Nie wiem, jak to jest możliwe ale jest. Można kochać dwie kobiety na raz. I nie umieć się zdecydować, którą wybrać. Bo jak się wybierze jedną to straci się drugą.
Nie sądziłem, że kiedykolwiek dojdzie do tego ale ona wróciła. Zadzwoniła w piątek z propozycją spotkania. Długo rozmawialiśmy. Bardzo długo.
W tej chwili chciałbym się rozpuścić w nicości. Chcę, żeby mnie nie było. Nie umiem podjąć żadnej decyzji.
Żadnej. Chodzę jak uderzony obuchem siekiery w głowę.
Jakąkolwiek decyzję bym podjął to komuś zrobię krzywdę. Muszę się zastanowić, głęboko zastanowić nad swoim życiem. "
O X mówił mi raz- rok temu. Wspominał, że 8 lat temu zakochany był w kobiecie, która nie rozstała się z mężem, pozostała z nim a oni rozstali się.Podobno nie miał z nią kontaktu od 8 lat. To było wiarygodne- nikt z rodziny- ani córki ani rodzice ani nawet była żoa nigdy nie słyszeli jej imienia,choc wiedzieli o związkach mojego partnera.
Byłam pewna, że oświadczyny oznaczają, że wszystko przemyślał- z kim chce być i kogo kocha.
Jak dostałam tę informację zerwałam zaręczyny,nie wierzyłam własnym oczom. Nie chce mi się wierzyć.Nie rozumiem jego zachowania. Godność nie pozwala mi na takie traktowanie.
Jak to rozumieć? Czy można kogoś tak ranić? Najpierw wręczać narzeczonej pierścionek i snuć z nią przyszłość a potem mówić jej, że się "nieprzytomnie kocha inną?" Wobec tej sytuacji jestem bezradna. Miłość i zaangazowanie mojego partnera nie pozostawiały przez półtora roku nic do życzenia- opiekował się mną i moim synem, wspierał na każdym kroku, był zaangażowany w remonty, prace domowe, wakacje, wszystko. Czuję się jakbym to ja dostała obuchem w głowę- mam wrażenie, że cała moja dotychczasowa wiedza o świecie się rozsypała. Czuję się ośmieszona i upokorzona. I przede wszystkim to boli. Potwornie boli.
Co uważacie na temat tej sytuacji?
Pozdrawiam