the_vicious_one
28.02.12, 12:08
Miałam ostatnio taką dziwną sytuację z moim mężczyzną, ciekawa jestem, co myślicie... . Ostrzegam, że wznosimy się na wyżyny abstrakcji, ja osobiście nie pojmuję ;-)
Siedzimy sobie w metrze. On zdejmuje czapkę i kładzie mi bez słowa na kolanach. Nie chcę mieć czapki na swoich kolanach, więc przekładam jemu. On z powrotem przekłada mi na kolana tę nieszczęsną czapkę, w końcu wzięłam i sobie założyłam. Sytuacja prosta, zalatująca nawet lekko szkołą podstawową.
Ciąg dalszy nastąpił, czego się nie spodziewałam. Wczoraj wieczorem odbyliśmy rozmowę na temat jedności w związku (nie jestem pewna terminu po polsku, rozmawiamy w jego ojczystym języku). I on wrócił do tematu tej nieszczęsnej czapki mówiąc mi, że był całkiem skołowany moim zachowaniem, bo jako jego najbliższa osoba powinnam wziąć tę czapkę (czy cokolwiek innego postanowi mi dać) i się nią "zaopiekować". I gdybym ja np zdjęła kurtkę czy coś, to on by wziął bez słowa, bo to moja i na tym polega idea jedności.
Ja, niestety, nie ogarniam :/ Gdybym chciała, żeby nosił moją kurtkę, to bym go zwyczajnie poprosiła. A on na taki argument, że poprosić można kogokolwiek, kolegę czy nawet nieznajomego, a jako para powinniśmy być całkiem zgodni.
Wiem, że wątek abstrakcyjny, ale jak myślicie, czym się powinna objawiać taka jedność/ zgodność w związku?