szarrak
05.03.12, 01:48
Dzisiaj upiekłam całe mnóstwo boskich pasztecików. Uznałam, że będą fajne do piwka, ale dla dwóch osób za dużo, więc zadzwoniłam do koleżanki (ja parzysta, ona parzysta, znamy się kupę lat jak łyse konie), że mam propozycję - oni kupują piwko, my dostarczamy szamę i robimy seans filmowy. Bardzo się ucieszyła - no to jedziemy. Na miejscu poczęstowano nas jednym piwem na dwie osoby, a micha pasztecików została odstawiona w kuchni i tyle byśmy je widzieli, gdybyśmy się żartem nie upomnieli, że miała być wspólna konsumpcja.
Niesmak niesmakiem, ale nie chodzi tylko o to, chodzi o konkluzję, która nam się nasunęła - chcielibyśmy mieć znajomych, z którymi można zrobić posiadówkę przy herbatce albo lampce wina, taką do pogadania, do obejrzenia filmu... Dla naszych rówieśników impreza to nawalenie się w klubie, a jeśli domówka, to nawalenie się w domu. Nie umiemy się wśród nich odnaleźć, oboje (pod tym kątem jesteśmy dobrani idealnie), wieczorami siedzimy w domu, bo nie mamy co ze sobą zrobić. Jesteśmy jak takie stare dobre małżeństwo... to nam akurat bardzo odpowiada, ale skąd wziąć drugie takie w zbliżonym wieku, żeby móc się z nimi spotkać od czasu do czasu? I generalnie chyba się wywyższamy, bo doszliśmy do wspólnego wniosku, że gdybyśmy chcieli znaleźć znajomych do wspólnego spędzania czasu w odpowiadającej nam formie, w dodatku sparowanych znajomych, to musimy szukać wśród przedstawicieli pokolenia naszych rodziców. Czuję się strasznie stara.