takijakisnick
18.03.12, 12:40
Tak, jestem stałym nickiem stąd, jednak głównie ze względu na to, że małżonek mój nick zna, nie chcę pisać pod nim. Wpieniłam się wczoraj nieziemsko, a dziś poukładałam sobie w głowie, do czego ja głupia kobieta doprowadziłam i muszę to gdzieś wyrzucić, bo zwiaruję. Tak w sumie mogłabym na własnej terapii, na małżeńskiej też, bo i tego się dorobiłam, ale wolę na razie wyrzucić to tu i może z większym spokojem podejść do sprawy.
Obecnie nie pracuję. Wyszło tak, w zawodzie o pracę (płatną) ciężko, po kilku próbach postanowiłam, że mam jakieś zaplecze złożone z intelektu, wiedzy pozazawodowej, a i studia jakoś się też pokrywają- idę w inną branżę- lepsze możliwości rozwoju, pieniądze, satysfakcja- cud miód, tylko czasu na to też potrzeba, żeby gdzieś zaskoczyło. Tu już bardziej przykładam się do aplikacji, staram podkreślać co i jak- no aktywnie pracy szukam.
Pracuję od początku studiów, różne branże, w każdej się nieźle czułam, trochę doświadczenia mam. Małżonek prac miał dwie, jedną rzucił, żeby zakładać firmę, w czasie studiów nie pracował. Z firmy wyszły nici, tylko przeszły nasze oszczędności- ot bywa (inna sprawa, że znowu zaczyna kombinować, żeby spróbować, tym razem z wynajęciem ludzi do pracy...). Żeby było jasne- nie jestem na utrzymaniu męża- nie żeruję na nim, jeśli na kimś żeruję to na własnej rodzinie- ot taki mamy piękny związek, że pole finansowe małżeńskie jest totalnie niezależnie- wiem, trochę chore, ale pewniej się czuję bez wyrzutów, że nic nie robię i wyrzucam pieniądze (zakupy krasnoludki robią) z jego strony.
Wczoraj siedzimy ze znajomymi i zgadało się, że u koleżanki szukają kogoś do pracy- praca na recepcji. Od razu ślubny zaskoczył, że powinnam iść, nawet słowa nie musiałam powiedzieć. Wszystko spoko, tylko dla mnie byłoby to jakieś cofnięcie w rozwoju, a jeśli mam już jakiś plan na siebie, w końcu jakoś zaskoczyłam, zebrałam w sobie siły po naprawdę kiepskim czasie... Poza tym mam świadomość, że jak pracuję to daję z siebie wszystko, nie umiem robić coś na pół gwizdka i szukać na boku czegoś innego- nie jestem tym typem i zawsze to jakoś działało- doskonale wie, że bym się tam zasiedziała do uśmiechniętej śmierci.
No i punkt główny, który jest właśnie tym moim "zapalnikiem" - czemu jak on szukał pracy to wybrzydzał ile się dało, nawet nie patrzył na pracę poniżej kwalifikacji, nawet jak już obojgu nam było ciężko, a ja miałam w głowie najgorsze scenariusze? A ja miałabym przyjąć tę opcję jakby to było coś naturalnego? Zaczęłam w końcu wierzyć we własne siły, a naprawdę mam potencjał (może nawet większy od niego-to jest nasz problem i pole frustracji), ale nie chcę czuć, że się marnuję, uwsteczniam, jeśli nie mam problemu typu "skończę pod mostem". I tak widzę, że małżeństwo mnie ogranicza- musiałam zrezygnować z wielu rzeczy, zarówno kwestie finansowe, wyjazdy itd- dla mnie nie wchodziły w grę. Pomijając rezygnację, bo np. był zazdrosny.
Czuję, że pewnie i tak spróbuję w tej pracy, na jakiś czas odłożę swoje pierwotne plany, przynajmniej, żeby finansowo odżyć, ale jest we mnie dużo żalu. Żalu o to, że mam poczucie, że mój rozwój nie jest ważny. Jest moim widzimisię, a nie realną potrzebą. I rzygam tym.
Przepraszam, że długo, chaotycznie i pewnie z błędami, ale w końcu mi trochę lepiej...