odrana.zaplakana
25.03.12, 22:39
Umiecie tak?
Posprzeczać, czy nawet pokłócić się z partnerem ale "na poziomie"? W sensie, że oboje potraficie przedstawiać sobie swoje racje, bez niepotrzebnego ranienia? Nie chodzi mi tu o rzucanie wyzwiskami, tylko o takie ... ostentacyjne, świadome ranienie.
Kurczę, aż nicka musiałam zmienić, żeby tu się wygadać :(
Bo u mnie trwają właśnie takie 'ciche dni'. Zaczęło się wczoraj, kiedy partner powiedział mi coś (powiedzmy 'przypomniał' o czymś dla mnie stresującym, o czym i tak pamiętam non stop), o czym mieliśmy na razie nie rozmawiać ze względu na mój stan zdrowia - ostatnie dwa tygodnie mocno chorowałam, łącznie z pogotowiem i szpitalem, diagnoza wstępna: stres. No więc po ustaleniu głównej przyczyny stresu, poprosiłam partnera, żeby chwilowo nie "katował" mnie stresogennym tematem, że i tak sama ciągle nie mogę przestać o tym myśleć, a jak on mi jeszcze "dokłada", to czuję się już w ogóle fatalnie.
No i spoko, zgodził się, ja poczułam się ciut lepiej, odzyskałam nadzieję na powrót zdrowia i ewentualne zajęcie się przykrymi obowiązkami bez dodatkowego balastu, "na trzeźwo".
Ale on nie wytrzymał, i dwa razy wczoraj wypomniał mi to coś, o czym mieliśmy nie rozmawiać. Ja wiem, że nie zrobił tego by mnie zranić, tylko, że chce dobrze. Ale jak to mówią - dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane :( Ja się zdenerwowałam i powiedziałam mu, że przykro mi, że nie potrafi dotrzymać umowy, chociażby ze względu na moje samopoczucie.
On się zaperzył, że jak to, że o czym on ma ze mną w takim razie rozmawiać i takie tam.
To wszystko jednak to pikuś w porównaniu z tym, co teraz dzieje się między nami. Mój ukochany mnie "nie zauważa". Chodzi po domu, ogląda tv, siedzi przy komputerze, ba, pracuje nawet, a na mnie nie zwraca żadnej uwagi. Tzn. tak było wczoraj, ja odpuściłam, przełknęłam jakoś łzy, zapaliłam papierosa (nie powinnam w tym stanie palić..), umyłam się i poszłam spać. Tzn. położyłam się do łóżka, bo nie spałam jeszcze długo, długo, usiłując nie rozwyć się na dobre.
Rano, jak wstałam, podszedł do mnie w kuchni i przytulił. Powiedział, że wszystko sobie przemyślał, i nie rozumie, o co ja mam pretensję, "w końcu niczego złego mi nie powiedział". No to ja (zadowolona, że w ogóle się odezwał i że chce się pogodzić) bardzo spokojnie i bez nerwów powiedziałam mu, że szkoda, że tak uważa, bo ja poczułam się zraniona. I przykro mi, że on nie dostrzega swoich błędów. Chwilę potem już tego pożałowałam, bo znowu się wściekł, popatrzył na mnie z pogardą i rzucił "Ja dalej tego nie widzę". Pewnie miał na myśli nasz związek.
Chyba nie muszę mówić, jak się poczułam. Jakbym w twarz dostała :( I dziś to samo - on chodzi po mieszkaniu i cały czas zamyka za sobą drzwi - tak, jakby chciał się ode mnie odgrodzić. Oczywiście objawy się nasiliły (nic dziś nie mogłam przełknąć z nerwów i smutku), stwierdziłam, że muszę "podnieść swoje zwłoki" i wyjść z domu, bo nie wytrzymam tego traktowania. Wyszłam, pojechałam do kościoła (dawno nie byłam). Trafiłam akurat na rozpoczęcie rekolekcji, tak jakoś wyciszyłam się wewnętrznie. Zwłaszcza jak poczułam, że w torebce wibruje mi komórka - 'zalezy mu na mnie'. Niestety, kiedy wyszłam z kościoła i spojrzałam na telefon, okazało się, że dzwoniła do mnie siostra. Od niego ani znaku, nawet smsa, a nie wiedział dokąd poszłam, nie było mnie łącznie 2,5 godziny.
Kolejny cios, bo ucieszyłam się, że do niego oddzwonię, że okażę mu w ten sposób, że nie chcę się z nim kłócić. Ale to był tylko moje pobożne życzenia. Jak wróciłam, nawet mnie nie zapytał, gdzie byłam, jak się czuję, zero, null.
Cholernie mi przykro, zwłaszcza, że poza takimi kłótniami jest naprawdę...troskliwy, kochający. Dlaczego on tak się zachowuje? Przecież wie, widzi w jakim jestem stanie, wie jak działają na mnie takie kłótnie, dlaczego mi to robi?
Zadziwiające, że on funkcjonuje normalnie (albo stwarza takie pozory..). Jutro wstanie rano i grzecznie pójdzie do pracy. A ja?? Mnie gonią terminy, czuję się jak wrak człowieka i przez to wszystko nie mam na nic siły, nie wiem, czy sens wstawać w ogóle jutro rano z łóżka...
Wiem, długie i chaotyczne. Ale wybaczcie starej forumce, trochę mi się ostatnio życie sypie :(