roisin29
19.07.12, 21:48
Nie wiedziałam, że można aż tak cierpieć. 8 lat związku, rok po ślubie... Odszedł, bo nie widzi wspólnej przyszłości, nie chce wspólnego życia, nie chce być ze mną. Teraz jest w stanie myśleć tylko o sobie. Nie ma szans na powrót, powiedział, że mam nie mieć nadziei. Wyprowadził się, a ja zostałam zupełnie sama. Już to kilka lat temu przerabialiśmy, też mu czegoś brakowało, ale nie znalazł tego i wrócił. Jak się okazuje tylko po to, by przy świadkach przysięgać mi miłość do końca życia, a potem mnie opuścić. Owszem, oddaliliśmy się nieco od siebie, ja miałam nawał pracy, a on miał swoje sprawy... Były spięcia, nerwy, ale wszystko zawsze jakoś się prostowało. Mieliśmy wspólne plany, marzenia, imiona dla dzieci... Jak mam teraz żyć? Rozpoczynać wszystko od nowa? Nie mogę jeść, spać, pracować, oddychać... Jestem jak otwarta rana. Nie chcę żyć bez niego. Ale już nic nie mogę zrobić. Chciałabym zasnąć i obudzić się za kilka miesięcy... Ale to niemożliwe, każde zapadnięcie w sen to sny o nim i o tym, że jest dobrze, że jesteśmy tacy szczęśliwi. A potem przebudzenie i ta świadomość, że jego już nie ma i nie będzie. Teraz pozostaje mi tylko czekanie na wezwanie do sądu na sprawę rozwodową... Nigdy bym nie przypuszczała, że do tego dojdzie, że moja wielka miłość zrani mnie tak boleśnie. Nie wiem co robić, jestem zrozpaczona... Przepraszam Was, ale musiałam swój ból puścić eter. Dziś umarłam i chyba nigdy się z tego nie podniosę...