moim_zdaniem
03.08.12, 09:31
Piszę zainspirowana żoną kolegi z pracy. Mają dwoje dzieci, 12 i 6 lat. Ona nigdy nie pracowała (a nie, przepraszam, podczas studiów stała na promocjach!), teraz niby szuka pracy ale wymagania ma takie że jak nie spuści z tonu, to nigdy jej nie znajdzie. Jak widujemy się na kolacjach służbowych, na których ona często "przy mężu" to ona ma najwięcej do powiedzenia na każdy temat, mnie dosr.ywa bagatelizując moją rolę w firmie. Sama na portalach społecznościowych nie ma swojego konta, tylko prowadzi konto męża ;-) Najlepsze są teksty mojego kolegi, że oni to nigdy nie musieli się prosić babć i dziadków o pomoc. No jak się miałeś prosić jak masz babę, która siedzi w domu i nic oprócz opiekowania się ogniskiem nie robi? To są dogadywania na to, że jak u mnie żłobek był zamknięty to dziecko było z babcią.
Nie wiem jak wy, ale ja uważam siedzenie w domu przy tak odchowanych dzieciach za lenistwo i brak ambicji. Bo ja, żeby zacząć pracować poszłabym gdziekolwiek, zaczęłabym od najniższego szczebla. A ona skończyla chemię (14 lat temu!) i uważa, że jest mega wykształcona.
I teraz pytanie: czy przestać być kulturalną i miłą wobec niej, i przy najbliższej okazji nie odpuścić jej i doprowadzić na skraj załamania nerwowego pokazując jej deficyty, błędy i porażki życiowe, bagatelizując rolę kobiety siedzącej w domu przy dużych dzieciach i podśmiewać się z jej niemożności braku pracy, czy olać ją? Dotychczas byłam mega wyrozumiała, miła, cierpliwa. Ona potrafiła mi nieraz dołożyć, a ja zawsze uważałam, że "nie kopie się leżącego". Ale widzę, że ona z braku swoich sukcesów zaczyna żądzić kumplem i on dostaje w robocie małpiego rozumu.