baletbez22
07.09.12, 20:30
Na początku wydaje się, że to po prostu bardzo sympatyczny kolega, który chce pomóc zaaklimatyzować się w nowej pracy. Przesympatyczność i codzienna porcja komplementów na dzień dobry szybko jednak zmieniają się z jego strony w spoufalanie i kombinowanie, jak znaleźć się sam na sam. W stałym repertuarze jest więc „zaproszenie” na wyjście w tym samym czasie do kuchni, wc oraz z pracy, by móc odprowadzić i nie tylko odprowadzić. Oczywiście wcześniej ustala przez komunikator i wylicza co do minuty, kto po kim i z różnicą ilu minut wyjdzie, by reszta pracowników nie zauważyła wspólnego wymknięcia się, i gdzie nastąpi upragnione przez niego spotkanie. To, żeby reszta nie zauważyła, jest istotne - żona. Chyba całkiem typowe. Niestety, też jak to bywa, liczenie na nierozgarnięcie współpracowników jest na wyrost i większego problemu ze zorientowaniem się to oni nie mają, o nie. Nawet, funkcjonują swoiste zakłady, jak szybko ów kolega zakręci się wokół nowej i czy ona ulegnie jego czarowi, a koleżanki w pracy porównują potem, że wszystkie spotkało to samo. Rzecz bowiem się powtarza za każdym razem, gdy w pracy pojawia się nowa dziewczyna, wtedy poprzednia idzie w szybką odstawkę. No więc, w takiej sytuacji uprzedzalibyście nową koleżankę, że staje się po prostu kolejną zdobyczą wytrawnego biurowego flirciarza i że reszta pracowników chcąc nie chcąc musi obserwować te zaloty, o których wiedzą, że skończą się dla niej w przykry sposób? Zamiast skupienia na pracy, widzi się czyjeś roztargnienie, zmieszanie, czajenie się, odrywanie od biurka i pracy, maślane oczy, uśmieszki pod nosem i wypieki na twarzy, potem pretensje, utrudniona współpraca, itd. Prośby do kolegi, by tego nie prowadził przynajmniej w miejscu pracy – bezskuteczne. Mówić więc dziewczynie i burzyć jej nieświadomość oraz ryzykować odwet kolegi, za informowanie potencjalnej zdobyczy? Zamknąć oczy i nie żałować obojgu przyjemności (niech ma, skoro nie ma z żoną, itd.)? :-)