jungle-julia
13.01.13, 13:18
Witam! Kto mnie wesprze i podtrzyma na duchu w procesie odkochiwania? Sprawa jet banalna i raczej nie stanowi podwalin pod dramat milosny godny piora Tolstoja, wiec nie ma co drzec szat, trzeba wziac sie w garsc. Ona - nie wadzaca nikomu i nie pchajaca sie przed szereg, on - moze troche rozgoryczony zyciem, a moze lubiacy sie zabawic - kwestia dotad nierozstrzygnieta. On poderwal ja, spotkania raz, dwa razy w tygodniu, po dwoch miesiacach ona jednak zaczyna zauwazac, ze to chyba nie idzie w strone zwiazku, wiec pyta wprost, otrzymuje potwierdzenie (jest dzika zadza i chemia niewiarygodna, milosci nie ma i nie bedzie) wiec nie bardzo jej sie chce tkwic w takim ukladzie. Dziekuje panu za uwage. Szkopul w tym, ze sie zakochala i pytanie, jakim cudem on smial nie zrobic tego samego spedza jej sen z powiek :-) Drugi szkopul, ze pan w ogole spedza jej sen z powiek i ciezko go wyprosic z mysli. W dodatku jest sasiadem, wiec jego codzienny widok nie ulatwia sprawy. Ale postanowienie jest powziete, a wprowadzenie go w zycie nieuniknione. Nie oczekujemy tu wyjasnien, ze widocznie nie jest sie ta jedyna, ze pan najwyrazniej szuka kogos innego, a to bylo jedynie stanowisko kryzysowej narzeczonej, bo to autorka niniejszego postu doskonale wie. Wie i nie chce tego drazyc, gdyz rani to jej dusze. Jedynie pokrzepienie potrzebne dla zlamanego i odrzuconego serca. A takze madre slowo, ktore pomoze wprowadzic decyzje w zycie i wytrwac, co wszak nielatwe, gdy obiekt tak zainfekowal umysl, a mowiac "czesc" chce sie na niego rzucic i zostac strawionym przez piekielny ogien pozadania. Cholera, pomozcie!