kiss_and_ride
21.01.13, 23:24
Dziewczyny,
Piszę na forum, bo od dawna zmagam się z pewnym problemem, który w coraz większym stopniu mi doskwiera, a niestety stało się tak, że jestem z tym wszystkim sama.
Od dwóch lat jestem z chłopakiem, którego bardzo pokochałam. Jest absolutnie cudownym człowiekiem, bardzo dobrze mnie traktuje i czuję, że chciałabym spędzić resztę życia. Jesteśmy całkiem młodzi (tuż po studiach) i mieszkamy od jakiegoś czasu razem.
Niestety, pojawił się problem, mianowicie chłopak zmaga się z nieracjonalnym i chorobliwym lękiem przed ciążą. Uważa posiadanie dziecka za bardzo poważną sprawę (z czym się oczywiście zgadzam) i boi się, że nie podoła w tym momencie temu wyzwaniu (pod każdym względem: finansowym, mentalnym, wychowawczym etc.).
Przez jego obawy dochodziło do bardzo przykrych sytuacji między nami. Zaczęło się od kontroli, kiedy pojawia się okres, robienia paru testów ciążowych dziennie, wyrzucania blistrów z tabletkami z uwagi na możliwość uszkodzenia (np. wskutek ogrzewania w samochodzie, czy rzucenia torbą na ziemię, w której były), błagania o wzięcia Escapelle (podejrzenie, że tabletki mogły się zniszczyć przez temperaturę podczas wakacji), pytania farmaceutów o ewentualne uszkodzenia etc. Rok temu poprosił mnie o przerwie w seksie... Od tamtej pory kochaliśmy się średnio raz na mc. A w weekend wyprowadził się na kanapę, żeby totalnie wyeliminować ryzyko ciąży....
Dodam, że nawet, jak udało się pójść do łóżka, to zabezpieczaliśmy się wszechstronnie - tabletki, prezerwatywy, globulki. W zasadzie przestało to już być jakkolwiek przyjemne, tylko wiązało się ze stresem - nastawienie stopera, dokładne umycie się, chore procedury przy zakładaniu prezerwatywy.
Co więcej, nasza sytuacja życiowa jest naprawdę dobra. Oboje pracujemy w dobrych firmach, mamy umowy o pracę, naprawdę nieźle zarabiamy, a i tak rodzice pomagają urządzić duże mieszkanie. Mówiliśmy o ślubie za jakiś czas. Chłopak mówi, że chce mieć dziecko, ale za jakiś czas.
Po roku ostrych schiz na tym punkcie wyegzekwowałam pójście do psychologa. Psycholog powiedziała mu, że po prostu musi pogodzić się z ryzykiem, na co on powiedział, że nie czuje się gotowy, żeby ponieść nawet minimalne, teoretyczne ryzyko. Przy okazji postawiła diagnozę: zaburzenia kompulsywno-obsesyjne (to trochę jak kompulsywne mycie rąk w obawie przed zarazkami, które mogą zabić - totalnie nieracjonalne). Nie chce już dalej chodzić. Jeszcze wczoraj był temat zmiany terapeuty, a dziś zmienił stanowisko na następujące: dam ci wszystko, czego potrzebujesz, chcę cię rozpieszczać i robić na co, masz ochotę, ale daj mi czas dojrzeć do tego. I faktycznie traktuje mnie jak księżniczkę. Tylko ja już nie mogę spokojnie patrzeć, jak idzie spać do innego pokoju, a rano mnie nie budzi tak, jak kiedyś. :( Ostatni dni to płacz i histeria (jego i moja). Od dawna jestem rozkojarzona, ale teraz naprawdę odechciewa mi się żyć, a zdrowie znalazło się w totalnej rozsypce. Nie lepiej jest z nim zresztą.
Wiem, jakie pojawią się komentarze. Nie zgrywam żadnej męczennicy, wiem, że w paru momentach powinnam być nieustępliwa, ale nie jest to łatwe, widząc, co się dzieje z najbliższą osobą.
Nie chcę od niego odchodzić, bo bardzo go kocham i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Nie chcę go też zostawiać z problemem. Boję się przyszłości, nie wiem, czy wytrzymam w takim życiu. Nie mogę się przytulić do ukochanej osoby, nie widzę pożądania w oczach, całuje mnie głównie w policzek, czasem daje buziaka w usta.
Chcę porady, a nawet otuchy, bo jestem z tym wszystkim naprawdę sama (nikomu się nie zwierzałam, rzecz jasna) i nie wiem, co mam zrobić.
Błagam o pomoc.