bez_obciachu
19.07.04, 10:06
Czy mężczyzna potrzebuje małżeństwa?
Zofia Milska-Wrzosińska 03-03-2004, ostatnia aktualizacja 20-12-2002 15:45
Dla mężczyzny ślub to inwestycja coraz mniej opłacalna. Ociągają się zwłaszcza
mili chłopcy, za których chętnie byśmy wychodziły. Co ich powstrzymuje?
Znajomy czterdziestolatek na pytanie, czy uważa swoje małżeństwo za udane,
odparł: "Dla mojej żony z pewnością". Mężczyźni z młodszego pokolenia, by
uniknąć tego rodzaju gorzkiej konstatacji, odwlekają ślub, jeśli w ogóle
zamierzają go brać. Tymczasem, jak wynika z badań, zdecydowana większość
młodych kobiet lubiłaby wyjść za mąż, i to niekoniecznie dlatego, że męskie
szowinistyczne społeczeństwo poddało je od dzieciństwa ukierunkowującemu
treningowi (gumowy słodki dzidziuś, kuchenka, mebelki jak prawdziwe), ale
raczej ze względu na to, że są bystre i widzą, jak jest: małżeństwo jest
układem dobrze zaspokajającym potrzeby kobiety, jeśli tylko umie się ona w nim
przytomnie umościć.
Matrymonialny odwrót
Z kolei dla mężczyzny ślub to inwestycja coraz mniej opłacalna. Jeśli wierzyć
antropologom, małżeństwo monogamiczne samo w sobie jest porażką podstawowej
strategii prokreacyjnej samca bazującej na zapłodnieniu maksymalnej liczby
partnerek. Mężczyźni byli zmuszeni z tego wzorca zrezygnować, bo nadprodukcja
przypadkowo poczętych dzieci przestała być akceptowalna moralnie, społecznie i
ekonomicznie. Przestawili się zatem z ilości na jakość i zaczęli dbać o
mniejszą liczbę dzieci poczętych z jedną partnerką, a nie z wieloma. To
sytuacja dla kobiet bardzo korzystna.
Niestety, od jakiegoś czasu mężczyźni są w matrymonialnym odwrocie. Wprawdzie
nie wszyscy - życie pokazuje, że tradycjonaliści, którzy w razie czego posłuch
w łóżku i w domu wymuszą pięścią, żenią się akurat dość chętnie i bez obaw.
Ociągają się raczej mili chłopcy, za których chętnie byśmy wychodziły, ci,
którzy szanują i lubią kobiety i zostali wyedukowani w kulturze związku
partnerskiego.
Co ich powstrzymuje?
Pit bez zobowiązań
W dzisiejszych czasach seks jest dostępny bez ślubu, dzieci przestały się
dzielić na małżeńskie i inne, a legalna żona nie jest gwarantowanym bezpłatnym
robotnikiem do obsługi wspólnego gospodarstwa. Mężczyzna może mieć więc
poważną wątpliwość, czy małżeństwo jest mu do czegokolwiek potrzebne.
Zwłaszcza że kandydatki na żony wymagają dużo, a dają nie tak znów wiele. Chcą
dla siebie jednocześnie przywilejów tradycyjnie męskich (wolność, autonomia,
samorealizacja), ale też tych uznawanych za raczej kobiece (bezpieczeństwo
materialne i społeczne, oparcie). W dodatku trudno im się zgodzić na koszty
związku: konieczność dostosowania się do drugiej osoby, obowiązki,
odpowiedzialność. Nie muszą i nie chcą prasować koszul, gotować codziennych
obiadków, mieć wyłączności na reprezentację rodziny na wywiadówkach i być
dyspozycyjne seksualnie na żądanie. Ale z drugiej strony oczekują, że mąż
wypełni PIT, naprawi pralkę, da w prezencie najnowszy krem odmładzający za 700
zł i zawsze obiegnie samochód dookoła, by otworzyć drzwi.
My, współczesne kobiety, chcemy mieć wszystko natychmiast, bez wysiłku i
poświęceń. Zastawiamy więc na naszych mężczyzn liczne pułapki, tyle że w
ostatecznym rozrachunku same w nie wpadamy.
Politykę finansową ustalamy w duchu zasady: "Co moje, to moje, a co twoje, to
jeszcze zobaczymy". Żądamy szacunku dla naszej pracy zawodowej ("Zrób dzieciom
kolację, bo ja mam raport do zrobienia na jutro"), ale jej finansowe owoce
traktujemy jako prywatny dochód, który zagospodarowujemy zgodnie z naszymi
potrzebami, podczas gdy zarobki męża mają być pod naszą kontrolą.
W zakresie prokreacji wyznajemy bezkompromisową formułę: "Mój brzuch należy do
mnie". Chcemy rozstrzygać o zajściu w ciążę, a nawet jej utrzymaniu lub nie,
ale mężczyźnie nie dajemy prawa do decyzji o poczęciu ("No tak, to fakt,
mówiłam, że biorę pigułki, bo od dwóch lat biorę. Ale zapomniałam, że akurat
zrobiłam przerwę, bo mi lekarz zalecił. No i stało się. Co, nie jesteś
zadowolony? Jak nie chcesz, to sobie poradzę, sama urodzę i wychowam"), ani o
tym, czy dziecko ma się urodzić ("Jak będę chciała, to usunę, a tobie nic do
tego").
Nie chcemy być traktowane jak zabawki seksualne - laleczki dostępne na
życzenie dla rozładowania rozmaitych męskich napięć, ale same traktujemy
naszych partnerów jak misie pluszaki, w których ramiona wtulamy się, gdy jest
nam zimno, smutno i źle, szepcząc przy tym: "Chcę się tylko przytulić... Taka
jestem nieszczęśliwa... Na nic nie mam siły". Żądamy, by nasz nowoczesny
partner rozumiał, że bliskość fizyczna może być wyrazem nie tylko pragnień
seksualnych, ale i czułości, natomiast same nie zamierzamy uznać, że
konstrukcja typowego mężczyzny uniemożliwia wytrzymanie dwóch tygodni czysto
platonicznych przytulanek. Otóż takie numery wypada robić tylko tatusiowi,
który musi znieść stoicko, że w pełni rozwinięta nastolatka pakuje mu się do
łóżka, szlochając: "Tato, boję się, miałam taki zły sen...". Jednak na tatusia
miało się tylko jedną szansę w życiu, a mąż zasadniczo służy do czego innego.
Oczekujemy, że - zgodnie z zaleceniami tygodników kobiecych - nasz partner
zapewni nam po kilka orgazmów na życzenie, znajdzie punkt G i wszystkie inne
punkty, rozbudzi w nas nieznane nam dotąd pokłady seksualności, a przy tym
będzie jak po viagrze (chociaż poczułybyśmy się zdradzone i oszukane, gdyby
rzeczywiście ją zażywał), ale nie zamierzamy w najmniejszym stopniu zachowywać
się uwodząco, bo przecież erotyczna prowokacja poniża kobietę i czyni z niej
podległą samicę. Bez fałszywego wstydu pokazujemy partnerowi nasze fizyczne
defekty, bo jeśli kocha, to musi akceptować nas w pełni.
Nękanie codzienne
Uważamy, że mężczyzna powinien uczestniczyć we wszystkich obowiązkach
domowych, również (a może zwłaszcza) tych, których nie lubi: zmywaniu, praniu
czy zmianie pieluch, a same się obruszamy, gdy wyraża zdziwienie, że nie
pojechałyśmy do wulkanizatora z przebitą przez nas oponą ("Ja miałam to
zrobić? Chyba żartujesz! Przecież nie dałabym rady, zresztą nawet nie wiem,
gdzie jest warsztat").
Chcemy, żeby nam opowiadał o swoich sprawach zawodowych, a nie lekceważąco
zbywał: "Przecież i tak to cię nie interesuje", ale po trzech minutach relacji
o negocjacjach, gdzie odegrał pierwszoplanową rolę, wykrzykujemy: "To Marek
też tam z tobą był? Nic mi nie mówiłeś, że już wrócił. A wiesz, że jego żona
chyba kogoś ma?".
Sądzimy, że powinien spędzać więcej czasu z rodziną, nie pracować wieczorami i
w weekendy, ale gdy mówi, że wobec tego zrezygnuje z dodatkowego zlecenia i
zarobi mniej, niepokoimy się: "A co z naszą działką? Przecież mieliśmy ją w
tym roku ogrodzić, wykarczować i rozejrzeć się za jakimś niedrogim projektem".
Gdy znękany małżonek próbuje nas przekonać, że nie da się jednocześnie
pracować mniej i zarabiać więcej, mówimy znacząco, że inni jakoś potrafią,
pozostawiając jego domyślności, czy uważamy go za niedołęgę, czy raczej za
cwaniaczka sprytnie wymigującego się od bycia z dziećmi.
Chyba nigdy nie miałyśmy takiej szansy stworzenia korzystnego dla kobiet
modelu relacji męsko-
-damskich jak teraz. I tę właśnie szansę krok po kroku marnujemy. Za kilka
pokoleń nasze następczynie będą się mogły rozkoszować towarzystwem damskich
bokserów oraz mężczyzn homoseksualnych z wyboru rozmnażających się przez
klonowanie.
Zofia Milska-Wrzosińska psycholog, psychoterapeuta z Laboratorium
Psychoedukacji. Wydała książkę "Bezradnik. O kobietach, mężczyznach, miłości,
seksie i zdradzie"