tonik777
15.03.13, 12:11
Będzie ciąg dalszy moich narzekań (w końcu muszę się gdzieś wygadać).
Nasza (w sensie moja z żoną, dzieci nie mamy) sytuacja wygląda następująco. Ja pracuję (zarabiam średnio, ale na utrzymanie wystarczy). Żona nie pracuje. Jest jej z tym źle i niby chciałaby pracować. Piszę "niby", bo jak tylko pojawia się jakaś okazja do znalezienia tej pracy, to żona robi wszystko aby tej pracy nie dostać. A to za daleko. A to poniżej jej kwalifikacji i t.p.
No i wymyśliła sobie ostatnio, że powinniśmy się przeprowadzić. Oczywiście wiązałoby się to z tym, że ja musiałbym zrezygnować z mojej pracy. Ona uważa, że gdzie indziej prace znajdzie, a tutaj akurat nie. No to jej mówię dobrze, kochanie, znajdź tam pracę i się przeprowadzamy, bo ja nie jestem pewien czy w innym mieście uda mi się znaleźć jakąś pracę. Wtedy żona by nas utrzymywała a ja zostałbym kurem (kogutem?) domowym. Nawet by mi to odpowiadało. Tylko, że wtedy żona mówi, że niekoniecznie znajdzie tą pracę od razu. Może za trzy miesiące, może za pół roku, a może za rok. Nie wiadomo. Ale i tak powinniśmy się przeprowadzić i szukać tej pracy. No to się pytam: a za co będziemy żyć? Ona beztrosko: jakoś sobie poradzimy. A ja poważnie: ale jak? Ona jeszcze nie wie jak, ale sobie poradzimy. Ona nie będzie pracować, ja nie będę pracować, ale sobie poradzimy.