abii84
28.04.13, 14:03
Sytuacja wygląda następująco. Jesteśmy ze sobą od 6 lat. Obydwoje około 30-tki. Skończyliśmy studia, mieszkamy i pochodzimy z dużego miasta. Obydwoje pracujemy i zarabiamy ok 2000 zł.
Mieszkamy w mieszkaniu mojego partnera 38 m2 w wielkiej płycie (odziedziczył po dziadkach). Mieszkanie częściowo wyremontowane na kredyt. Mamy jedno marne auto, którym się dzielimy.
Żyje się ciężko. Nie zarabiamy wiele, spłacamy kredyty, starczy nam na jedzenie od msca do msca i jakieś swoje niezbyt wygórowane potrzeby.
Jestem już w wieku w którym chciałabym dziecko, ale doskonale zdaję sobie sprawę jakie warunki moglibyśmy mu w chwili obecnej zapewnić- czyli marne.
Ponieważ nasze pensje są niskie, nie posiadamy zdolności kredytowej, żeby kupić większe mieszkanie, nie stać nas nawet na to, aby sprzedać obecne, bo nawet wtedy z takimi zarobkami bank nie udzieli nam kredytu. Na rodziców nie możemy liczyć, mnie wychowała mama, która teraz ma rentę i dorabia. Rodzice mojego partnera pomagają mu ciut więcej niż moja mama, ale wiadomo, że nie są w stanie w nas inwestować. Zresztą źle byśmy się z tym czuli. Nie o to chodzi.
Tak więc wracając do tematu dziecka- dostać się do państwowego żłobka, przedszkola- łut szczęścia, na prywatne nie będzie nas stać. Na moje pozostanie przy dziecku i utrzymywanie się tylko z pensji narzeczonego nie ma szans.
Już teraz nie żyje się nam łatwo, a z dzieckiem po prostu byśmy nie dali rady.
Więc zaproponowałam następujące rozwiązanie- wyjazd za granicę. Mam tam siostrę u której początkowo moglibyśmy się zatrzymać. Wiadomo, że też musielibyśmy pracować, ale tam gdzie chcemy jechać jest lepszy socjal i choć dalej nie mielibyśmy kokosów, to starczyłoby nam na dziecko, nasze potrzeby i nie martwienie się czy na koniec msca będzie co zjeść.
I tu pojawia się problem z narzeczonym. Mam wrażenie, że jemu nie jest źle tak jak jest. Nie ma wygórowanych potrzeb (ale ja też takich nie mam) Uważa, że mieszkanie na dziecko jest wystarczające, bo w końcu mamy dwa pokoje. Czasem w rozmowie zgadza się ze mną i przyznaje mi racje, że jego myślenie nie jest dalekowzroczne, ale przecież my się tak wychowaliśmy i jakoś jest dobrze...?
Koniec z końców przekonałam go do wyjazdu, choć mam wrażenie, że będzie w stanie zaryzykować cały związek byle nie pojechać, bo ewidentnie mu się ten pomysł nie podoba.
Mam wrażenie, że znajdzie sobie mniej wymagającą dziewczynę, która zaakceptuje bez niczego obecny stan rzeczy i powie razem z nim- jakoś to będzie.
Sama już nie wiem, powiedzcie szczerze czy naprawdę mam jakieś wygórowane potrzeby? Nie marzy mi się dom na przedmieściach, a jedynie 3 pokojowe mieszkanie i godne życie, gdzie nie będziemy się martwić o to czy pod koniec 30 tego będzie za co kupić dziecku jedzenie. Nie będę musiała dokonywać wyboru czy kupić coś do domu/ sobie czy dziecku. Wiadomo, że każda kobieta chce być atrakcyjna i od czasu do czasu coś sobie kupić. I nie mówię tu o drogich rzeczach i kupowaniu mnóstwa niepotrzebnych rzeczy.
P.S
Próbowaliśmy zmienić pracę, ale nie mamy żadnego kierunkowego wykształcenia. W każdej innej firmie oferują nam jeszcze mniej niż mamy.
I jak myślicie, zacisnąć zęby i zgodzić się na mało satysfakcjonujące życie przy narzeczonym? Dalej go namawiać na wyjazd, wiedząc, że specjalnie nie ma na to ochoty, czy wyjechać samej zostawiając ukochanego jednak człowieka i zaczynając wszystko od nowa?