natka-79
22.09.13, 22:18
Witam wszystkie kobietki na forum. Potrzebuję obiektywnej opinii na temat moich relacji z mężem i jak mam dalej z nim postępować? Mąż od ponad roku jest myśliwym. Jeździ w każdy wolny wieczór na ambonę do lasu, albo dokarmiać zwierzęta albo na zawody strzeleckie. Mamy cudowną 4-letnią córkę, on ją kocha ale nie ma dla nas czasu. Pracuje w delegacji na budowie, przyjeżdża w środy na jeden wieczór i potem w piątek lub w sobotę. Pobawi się chwilę z dzieckiem, zje obiad i jedzie do lasu. Jest mi bardzo przykro, czuję się tylko kucharką niańką i kobietą do łózka. Kiedyś byliśmy naprawdę dobrym małżeństwem. Popsuło się 2 lata temu, gdy się dowiedziałam o jego nowym hobby. Dzisiaj mamy 6 rocznicę ślubu, dałam mu prezent, on o mnie nie pamiętał. Poleżeliśmy w dzień pod kocem, pobawiliśmy się z dzieckiem, a wieczorem pojechał do lasu. Jak wrócił, to ja pojechałam o 8 wieczór na pół godziny do koleżanki. Nie chciałam mu mówić gdzie jadę, ubrałam się ładnie, żeby wiedział, że ja też tak jak on, mogę sobie wyjść, pojechać. Chciałam, żeby był zazdrosny, skoro mnie zaniedbuje, to ja sobie znajdę towarzystwo. Wróciłam, a on obrażony, bo jeżdżę w nocy, nie pytam go, nie mówię dokąd i po co. To już nie pierwszy raz. Latem też mieliśmy taką akcję, on wrócił rano z polowania, ja pojechałam sama nad jezioro, zostawiłam mu dziecko. Nie odzywał się przez tydzień i patrzył na mnie z nienawiścią, bo on musiał dziecka pilnować, a chciał się wyspać, bo on ciężko pracuje, a ja tylko w domu pracuję przez Internet, więc mojej pracy nie trzeba traktować poważnie. Cały czas mamy taką huśtawkę. Jak się godzę na wszystko i nie protestuję, on robi co chce, to jest ok. On okazuje wtedy czułość, zwłaszcza, jak chce seksu, a potem milczenie i jedzie do lasu. Żyje tylko tym lasem, polowaniami, a koledzy myśliwi to największe autorytety dla niego. Jak coś nie po jego myśli, to obraza. Rozumiem, że chce mieć pasję, ale nie kosztem rodziny. O każdy wspólny weekend muszę się wykłócić, o każdy wyjazd do rodziny i czy dwa dni urlopu. W tym roku raptem dwa razy wyjechaliśmy z domu, po kłótni, cichych dniach łaskawie się zgodził. Nudzi się w naszym towarzystwie, nie czuje potrzeby, żeby gdzieś razem ruszyć się z domu, ewentualnie na jakiś kretyński festyn latem nas zabierze, ale też sam chodzi i szuka kolegów, a ja sama dziecka pilnuję. On uważa, że jest ok, nic złego nie robi, bo ciężko pracuje (bez przesady z tą ciężką pracą, wozi piasek wywrotką, przez całą zimę mają przestój), uważa, że ma prawo mieć hobby, a poza tym nie upija się zbyt często, nie bije mnie, ale przemoc psychiczna i ekonomiczna niestety jest. Mnie obarcza winą za to, że jesteśmy coraz bardziej obcy, bo ja albo się nie odzywam, albo się czepiam. A może to naprawdę moja wina? przecież kobiety żyją z różnymi wariatami, jedno kochają motory, inni ekstremalne sporty, wspinaczki w Himalajach, a jeszcze inni wędkarstwo albo dalekie podróże. Chciałabym, żeby było miedzy nami dobrze, ale już mu nie ufam i nie wierzę, że mu na nas zależy. W lipcu, po jednej z awantur obiecaliśmy sobie, że będziemy rozmawiać, ale nic z tego nie wychodzi. Jakoś nie możemy się otworzyć, jeśli próbujemy, to rozmowy kończą się kłótnią, pretensjami i obrażaniem się. Pomóżcie