piotrek1985kat
27.01.14, 13:56
Drogie Panie, nie traktujcie mojego postu jako formy wylewania żółci czy narzekania na to, jakie kobiety są złe. Po prostu chciałbym napisać kilka zdania.
Do rzeczy… Mam 29 lat, pewnie i mało i dużo. Od dłuższego czasu niestety jestem sam, podejmowane próby zbudowania związku kończyły się porażkami. Od jednej dziewczyny po pół roku usłyszałem, że ona sama nie wie, czego chce od życia, dlatego nie chce być ze mną, inna po dwóch miesiącach powiedziała mi, że ona nie jest w stanie mnie pokochać (nawet nie miała okazji dobrze mnie poznać….), a jeszcze inna po dwóch miesiącach znajomości koniecznie chciała wyjść za mnie za mąż.
Za każdym razem słyszę po pewnym czasie „nie”. Oczywiście, zawsze jest standardowa śpiewka, że jestem fajnym, miłym, normalnym facetem, ta z którą będę, będzie szczęściarą, mam wszystkie odpowiednie cechy itp. Zawsze jednak od tej dziewczyny, z którą spotykam się, dowiaduję się, że nie chce być ze mną.
Nie jestem typem desperata ględzącego o rodzinie, ślubie i garstce dzieci. Tak jak każdy, mam swoje wady i zalety, ale nie można odmówić mi tego, że potrafię słuchać drugą osobę i starać się o nią. Mam pomysł na swoje miejsce i życie, syneczkiem mamusi nigdy nie byłem. Od małolata i nauczyciele i znajomi i współpracownicy w pracy mówili, że odróżniam się od moich rówieśników (na plus)pod względem kultury, zachowania, powagi itp. Jestem samodzielny i chciałbym zbudować związek partnerski, oparty na normalnych, zdrowych zasadach. Aha, jeśli chodzi o urodę, to trochę wyprzystojniałem w porównaniu z latami liceum i studiów, można zaliczyć mnie do przeciętniaków.
Mam okazję obserwować moje otoczenie, większość moich kolegów regularnie zdradza swoje partnerki (prują się na lewo i prawo), nie szanują ich, ale zawsze słyszę od dziewczyn, że oni są „męscy”, że mają to magiczne „coś”, że jest „chemia”. Gwoli ścisłości, nie obracam się w kręgu jakiejś patologii społecznej, ale prawników, a więc osób które z definicji powinny reprezentować ze sobą jakieś wartości (tak tak, frajerzyna pewnie sobie pomyślicie sobie drogie Panie).
Czasami myślę, że nie ma we mnie tego magicznego „czegoś”. Za każdym razem, kiedy dostaję kopa w zacne cztery litery, obiecuję sobie, że to było ostatni raz, że nie pozwolę więcej na to. Kiedyś naiwnie myślałem, że warto być przyzwoitym i reprezentować jakiś poziom, ale to wszystko powoduje, że zaczynam myśleć inaczej. Że trzeba być chamem i draniem, bo takich się kocha, bo mają to „coś”.
Przemawia przeze mnie nie żal, nie złość, ale gorycz, że nie wiedzie się mi pod tym względem. W pracy moje znajome mówią, że nie mam szczęścia w miłości. Najbardziej mnie boli widok par młodszych, w moim wieku, starszych i zdecydowanie starszych, które razem idą pod rękę… Wiem, że związek to nie sielanka, a trud i znój pokonywania problemów, ale samotność zaczyna mnie przygniatać. Tak jak wielu, chciałbym usłyszeć od drugiej osoby, to co ją boli, cieszy, smuci, zachwyca. Móc mówić do drugiej osoby i ją słuchać… A tak, zbita dupa.
Znajomi pocieszają mnie, że widocznie nie przyszedł czas na mnie, że muszę poczekać, a ja zastanawiam się ile jeszcze mam czekać. Rok, dwa lata, pięć, dwadzieścia?