plociara
15.04.14, 04:52
W kuchni zaprzyjaźnionej, tam, gdzie siedzi się tak cudownie, spotkałam ludzką gnidę. Po kilkunastu latach niewidzenia pojawił się ten koleś u mego przyjaciela. Flankowały go dwie przegrane życiowo trzydziestolatki zapatrzone weń jak trzynastolatki. Koleś gnida był pijany i doprawił się jeszcze mocniej. Nie wiem czy zdołam opisać tę glistę. Jest znanym w Warszawie, oczywiście w pewnych kręgach (nie moich ufff) oszustem. Kradnie pieniądze, karty, robi przekręty gdziekolwiek jest. Do tego jest najohydniejszym paniczem jakiego widziałam - nazwisko z tradycją, dobry francuski, twarz pawiana. Dykteryjka za opowiastką, oczywiście wszystko widział, zna, tak, tak. Szybko się zorientował, że nie mówię po francusku więc opowiadał żarty. Zepsuty, zblazowany truteń, zapóźniony jakiś z Witkacego, tyle, że w bardzo podłym wydaniu. Jak mnie boli, że tacy ludzie chodzą po tym świecie, nie dają z siebie nic, rozsiewają krzywdę i bawią się innymi. Mówił otwarcie, że igranie ludźmi to jego pasja. Scyzoryk się otwiera.
Koleś nie ma zębów i chodził kiedyś z pistoletem. Ale wiem, że się kiedyś nazbiera i dostanie za swoje. Mam nadzieję, że już nigdy go nie zobaczę.